poniedziałek, 22 października 2012

4.





Z dedykacją dla Dominiki. ;*
jesteś niesamowita. <3

Nie chcę zapomnieć. Nie mogę zapomnieć. Smutek po prostu taki jest...

Chris nie był tylko ładną twarzą. Był przede wszystkim facetem, który jako pierwszy od czasu wydarzeń z moim ojczymem, nie wzbudzał we mnie niechęci. Odkąd zobaczyłem Go po raz pierwszy byłem zdumiony jakąś ciepłą aurą, która pojawiała się wszędzie tam, gdzie przebywał. Ludzie lgnęli do niego jak ćmy do światła. To samo działo się względem mnie. Na początku tylko mu się przyglądałem. Lubiłem sposób, w jaki poprawiał sobie włosy, czy w zabawny sposób przygryzał dolną wargę, kiedy z kimś rozmawiał i najwyraźniej słuchał czegoś niezwykle fascynującego. Wydawało mi się, że zupełnie nie zauważa mojej obecności - w końcu pojawiałem się wszędzie tam, gdzie on. Najwyraźniej grubo się myliłem.

- Często mnie obserwujesz - Powiedział z uśmiechem pewnego styczniowego poranka, kiedy to znudzony obecnością Louisa, który bezskutecznie próbował namówić mnie do rozmowy, udałem się do sali wspólnej i usiadłem przy jednym z wielu ustawionych tam stolików.
- Nieprawda - Odparłem zupełnie zaskoczony i oparłszy się na łokciach, schyliłem głowę, pragnąć za wszelką cenę uniknąć Jego wzroku.
- Ale to nic - Uśmiechnął się zawadiacko, mrużąc oczy. - Lubię być w centrum zainteresowania - Dodał i okręcając się na pięcie, odszedł w stronę grupki ludzi zebranych przy fortepianie.


Hello, Mr. I-don't-know-what-the-fuck-Your-name-is
I'm drawn to You
Something's magnetic here.


Po chwili rozbrzmiała piękna melodia, do której następnie dołączył wysoki, donośny śpiew. Śpiew Chrisa. Na zawsze zapamiętam ten moment, bo właśnie wtedy na jedną, krótką chwilę wróciła do mnie cała radość życia. Zainspirował mnie oddaniem, pasją, jaką wkładał w wykonanie tego utworu. Wiedziałem już, że od tego momentu częściej będę schodził do wspólnego pokoju, mając nadzieję, że jeszcze kiedyś uda mi się posłuchać Jego śpiewu.

- A co z Louisem? Doszliście do porozumienia? - Pytasz, a ja automatycznie wzdrygam się na wspomnienie tamtych miesięcy. Miesięcy, kiedy to z całego serca nienawidziłem Louisa Tomlinsona.
- Nie było mowy o porozumieniu, moja droga. Pragnąłem za wszelką cenę, wszelkimi możliwymi sposobami, regularnie i z premedytacją, zatruwać mu życie. I wkurzałem się, kiedy wszystko, co robiłem względem Jego osoby, pozostawało bezskuteczne. Im więcej wysiłku wkładałem w próbę wzbudzenia w nim choć odrobiny złości, tym wydawał się być dla mnie milszy - Przewróciłem oczami z dezaprobatą, na co, ku mojemu zdziwieniu, zaśmiałaś się perliście, a ja dodałem kolejną cechę do rzeczy, które w Tobie lubię : dźwięk Twojego śmiechu.

Głębiej osadzam się na kanapie, a Ty najzwyczajniej w świecie wtulasz się w moje ramię. Przechodzą mnie dreszcze. Od dawna nikt nie naruszał mojej przestrzeni. Ty to zrobiłaś i musiałem przyznać przed sobą samym, że... bardzo mi się to spodobało. Objąłem Cię lekko, rozluźniając mięśnie aż w końcu poczułem się całkiem komfortowo. Nie wiem, czy taki wpływ miała na mnie Twoja osoba, czy też spora ilość spożytego alkoholu, ale wtedy nie miało to najmniejszego znaczenia.

- Nie przepadam za Tobą, Louis. Prawdę mówiąc szczerze Cię nie znoszę - Powiedziałem pewnego wieczoru, tuż po tym, jak po całym dniu spędzonym w pokoju wspólny, wróciłem do siebie, gdzie, jak zawsze, zastałem Tomlinsona. Nie wydawał się moimi słowami zaskoczony, w końcu powtarzałem je codziennie jak mantrę.
- Słuchaj, Harry .. - Zaczął, jednak ja nie pozwoliłem Mu skończyć.
- ... Ale jest coś, o czym chciałbym z Tobą porozmawiać - Wybałuszył oczy i natychmiast usiadł na krawędzi mojego łóżka, w skupieniu wpatrując się w moją twarz. - Nie, to nie to o czym myślisz. Nie zamierzam spowiadać Ci się ze swoich problemów - Zagadkowo pokręcił głową, wzdychając głośno.
- Mogłem się tego domyśleć.
- Jest taki chłopak, ciągle spotykam Go w sali wspólnej. Pięknie śpiewa. I gra na fortepianie. Wiesz coś na Jego temat?
- Masz na myśli Chrisa? - Louis spoglądał na mnie z zaciekawieniem.
- Nie wiem, jak ma na imię, dlatego pytam Ciebie. Ty znasz wszystkich pacjentów. 
- To na pewno Chris. Tylko on daje koncerty w sali wspólnej. Dlaczego Cię zainteresował?
- Dużo się wokół niego dzieje. 
- Mhm, rozumiem ... - Odchrząknął Louis i wstając z łóżka, udał się w stronę drzwi wiodących do jego sypialni.
- Poczekaj! - Zawołałem za nim. - Mógłbyś mi coś o nim opowiedzieć?
Zamyślił się na chwilę, po czym odparł, że nie powinien rozmawiać ze mną na temat innych pacjentów.
- Proszę, tylko ten jeden raz. Jestem ciekaw - Chyba wyczuł błaganie w moim głosie, bo skierował się spowrotem w moją stronę i zasiadł w tym samym miejscu, co przedtem.
- Chris jest tutaj, ponieważ był bity i poniżany w szkole i poza nią. Ze względu na...swoją orientację seksualną. - Tommo, jak zwykłem na Niego mówić, głośno przełknął ślinę, a w Jego oczach można było dostrzec coś w rodzaju strachu. Czego się bał?
- Jest...gejem? - Twierdząco pokiwał głową. Wiedziałem. Widziałem to w nim. Ale czy ze względu na TO można kogoś nie tolerować tak bardzo, by zniszczyć Jego psychikę na tyle, by potrzebna była mu kuracja? Zacząłem współczuć temu chłopakowi, co sprawiło, że jeszcze bardziej chciałem się do Niego zbliżyć.
- Myślę, że powinniście się poznać. Pod pewnym względem jesteście do siebie bardzo podobni. 

Bądź moim codzien­nym po­wodem do życia.


- Louis miał rację, prawda? Zaprzyjaźniliście się, widzę to po sposobie, w jaki o Nim mówisz - Tak, masz rację. Ja i Chris szybko nawiązaliśmy kontakt. Myślę, że to On był osobą, która ściągnęła mnie z krawędzi, krzycząc 'nie skacz'.
- Zaprzyjaźniliśmy. Później pojawiła się między nami odrobina...miłości. Ale to długa historia, bo jeszcze wtedy Harry Styles z pewnością nie mógł być facetem, którego pociągają inni faceci. Cholera, ogromnie się wtedy myliłem.


...bo serce to nie radio
nie można nastawić go na odpowiednie fale



- Teraz czuję się jak prawdziwy artysta! Najprawdziwszy! - Skandował Chris tuż po tym, jak wspólnie przemalowaliśmy moje niebieskie ściany na śnieżną biel. Zmieniliśmy też wystrój pokoju - w tej kwestii całkowicie zdałem się na Chrisa. Był ekscentryczny i nietuzinkowy - wiedziałem, że jego projekt będzie nieprzeciętny. I nie myliłem się.
- Wygląda naprawdę cool. Dzięki - Uśmiechnąłem się do Niego szeroko. Czułem się prawdziwie szczęśliwy. Chris sprawiał, że chciałem żyć. Chciałem czerpać jak najwięcej z każdej, najmniejszej nawet drobnostki. On ratował moją duszę.
- Nie wiem, jak mi się odwdzięczysz, Hazz. Nie tylko odmieniłem Twój pokój, ale to ja namówiłem Louisa, żeby się na to zgodził. W końcu pacjenci nie powinni tego robić, prawda? 
- Masz rację, nie powinni. Ale Ty nigdy nie odpuszczasz, mam rację? To czyni Cię jeszcze bardziej wyjątkowym - Stanąłem tuż naprzeciw niego i tak po prostu zagarnąłem go w objęcia. Od czasu gdy się poznaliśmy często to robiłem. Lubiłem ciepło i zapach Jego skóry. Pachniał...radością. Na początku dziwił mnie fakt, ile miał w sobie rozradowania po tym wszystkim, co przeszedł, ale później zrozumiałem, że dopiero będąc tutaj, mógł być w pełni sobą. I był fantastyczny. W każdym calu.
- Ty też jesteś niesamowity, Harry -  Zadarł  głowę  i pocałował mnie delikatnie w kąciki ust. Natychmiast rozchyliłem wargi, na co odpowiedział głębokim, ognistym pocałunkiem. Dłońmi smyrał mnie po karku, przywołując tym samym drżenie na całym moim ciele. Objąłem go w pasie, przyciągając do siebie jak najbliżej.  Wyginałem się, stopniowo pochłaniany przez czar, sączący się z każdego dotknięcia naszych ust. Każda komórka zdawała się teraz pulsować. Przygryzał moje wargi, a ja pieściłem dłońmi jego brązowe, jedwabiście miękkie włosy. Czułem na sobie przyjemny ciężar jego ciała, kiedy przyparł mnie do ściany i jeszcze dosadniej wpił się w moje usta. Nieprzytomnie zwarliśmy się w cichym skowycie, a pocałunki budzące gorączkę, przedzierały się pomiędzy chłodną rzeczywistością, prowadząc mnie ku zgubie.
- Co tu się do cholery wyprawia? - Niespodziewanie do pokoju wpadł Louis i  zastał mnie i Chrisa w najgorętszym momencie. Natychmiast odsunęliśmy się od siebie jak poparzeni. Tommo stał w drzwiach, nie spuszczając z nas wzroku. Patrzał zupełnie tak, jakbyśmy właśnie popełnili najgorszą rzecz na świecie.
- Myślę, że powinieneś pójść do siebie, Chris - Zwrócił się w stronę mojego przyjaciela. Dlaczego, do cholery, mówił do Niego w taki sposób? Miałem wrażenie, że jest wściekły, chociaż sam sugerował, żebyśmy się zaprzyjaźnili. Mieliśmy ze sobą o wiele więcej wspólnego, niż przypuszczał.
- Co w Ciebie wstąpiło, Harry? 
- Po prostu się ... całowaliśmy. Co w tym złego? - Odpowiedziałem, kiwając głową z dezaprobatą. Byłem młody i rządny przygód. A Chris najzwyczajniej w świecie mnie...pociągał. Czyż nie do takiego właśnie stanu pragnął doprowadzić mnie Louis i reszta terapeutów?  Tommo próbował zachować spokój, ja jednak dostrzegłem w Jego wzroku coś...dziwnego. Coś na wzór zawodu. I może..odrobiny smutku.
- To po prostu niedorzeczne, Harry - Odparował i zniknął za drzwiami dzielącymi nasze pokoje.

Położyłem się na łóżku i długo zastanawiałem nad tym, co w niego wstąpiło. Dlaczego widok dwóch całująch się chłopaków wywołał w nim tak wiele emocji? Na początku pomyślałem, że po prostu brak mu tolerancji, jednak po dłuższym namyśle doszedłem do wniosku, że sam musiał doznać podobnych zdarzeń...i być może spotkały go z tego powodu jakieś nieprzyjemności. Przypomniałem sobie o naszej rozmowie na temat Chrisa i o sposobie, w jaki opowiadał mi o Jego orientacji seksualnej. Wiedziałem jedno : Louis Tomlinson miał tajemnicę, a ja byłem w stanie zrobić wszystko, by ją z niego wyciągnąć.

- I jak mniemam Ci się udało - Mówisz, a ja potwierdzająco kiwam głową.
- Ale o tym opowiem Ci kiedy wstanie świt. Oczywiście jeśli nie uciekniesz - Najwyraźniej nie masz takiego zamiaru, bo sięgasz po koc, znajdujący się na krawędzi kanapy i okrywając Nim naszą dwójkę, wtórnie wtulasz się w moje ramię i zamykasz oczy. Chyba nadeszła pora na sen. Zanim jednak udaje mi się zapaść w objęcia Morfeusza, moje myśli krążą wokół Chrisa. I Louisa. I wszystkich tych obłędnych wydarzeń tamtych dni, które sprawiały, że chciałbym cofnąć wskazówki zegara...



Gdy­bym mógł cofnąć czas, to wróciłbym do mo­men­tu gdy Cię spot­kałem i..
 zno­wu bym się w To­bie zakochał 

wtorek, 16 października 2012

3.





3.




Często nie wiemy co zrobić, gdy śmierć przechodzi tak blisko...

W grudniu następnego roku poznałem Jego. Pewnie był to przypadek, ja jednak lubię nazywać to przeznaczeniem. Louis Tomlinson zjawił się tak nagle, jak grom z jasnego nieba. Nasza znajomość zaczęła się dość burzliwie. Przychodziłem na spotkania, na których różni ludzie, z różnych środowisk uczyli się jak radzić sobie ze śmiercią najbliższych. Byłem dość osobliwym przypadkiem, ponieważ w tak młodym wieku straciłem nie tylko żonę, ale i dziecko. To dość spory ciężar, jak na dziewiętnastoletniego chłopaka. Moim osobistym terapeutą był Michael Bolton. Nie był jednak w stanie ugasić mojego bólu. Jego terapia wydawała się zbędnym balastem - nie znosiłem jej zbyt dobrze. Drażniły mnie Jego banalne sposoby na walkę z tęsknotą, wydawał się zupełnie nie rozumieć przez co przechodziłem.

- Straciłem żonę i dziecko.
- Musisz zapomnieć o tych wydarzeniach, Harry.

Ale jak, cholera, jak miałem zapomnieć o czymś, co było całym moim światem? On nawet nie próbował mi pomóc. Byłem tylko kolejnym pacjentem, któremu po kilku miesiącach beznadziejnego rozprawiania o Jego bólu, rozpaczy i tęsknocie za najbliższymi, wmówi, że wszystko jest okay. Wmówi, że jest już zdrowy, a teraz nadszedł czas na kolejny etap. Radzenie sobie z życiem takim, jakie jest. Już po kilku sesjach wiedziałem, że potrzebuję innego terapeuty. Kogoś, kto nie jest sześćdziesięcioletnim dziadkiem i nie ma zielonego pojęcia, co czuje osoba w moim wieku. Potrzebowałem...kogoś młodszego. I wtedy przydzielili mi Louisa. Myślisz, że się ucieszyłem? Byłem wściekły, gdy tylko przekroczył drzwi pokoju, w którym miała odbyć się nasza pierwsza, wspólna sesja.

- Ty będziesz moim terapeutą?
- Ja.

Często widywałem go na korytarzu, jak rozmawiał z pacjentami, albo podczas terapii grupowych, kiedy stawał w progu i wszystkiemu się przysłuchiwał. Drażnił mnie Jego sposób bycia. Uśmieszek, który nigdy nie schodził Mu z ust. Prawdę mówiąc przez większość czasu miałem ochotę Mu przywalić. Wydawał się takim lekkoduchem. Jak gdyby nigdy w życiu nie spotkało go nic złego. Nie, On nie mógł być osobą, której miałem zwierzyć się ze swoich uczuć.

- Nie chcę Cię, jasne?
- Przykro mi, Harry, nie chciałeś również Michaela. Powiedz, w czym tak naprawdę tkwi problem?

W czym tkwił problem? Otóż w tym, że chciałem kogoś młodszego od Boltona, nie kogoś, kto nie mógł być starszy ode mnie więcej niż dwa lata. Co On do cholery mógł wiedzieć? Może nie byłoby problemu, gdyby nie ta Jego wiecznie zadowolona gęba. Ale problem był i wtedy byłem przekonany, że nie zniknie.

- Nie lubię Cię.
- Nie znasz mnie, Harry. Chcę Ci pomóc..
- Nie chcę Twojej pieprzonej pomocy.

I wyszedłem, trzaskając drzwiami. Nie pojawiłem się w ośrodku przez następne trzy tygodnie. Prawdę mówiąc włóczyłem się po pubach i upijałem do nieprzytomności. Właściciel mieszkania, które wynająłem z Libby i dalej zamieszkiwałem, po kilkunastu nieudanych próbach skonsultowania się ze mną, ostatecznie użył swojego własnego klucza i wszedł do środka, zastając mnie w fazie nieważkości. Leżałem na podłodze - brudny i śmierdzący. Obudziłem się w szpitalu. Kolejny raz przechodziłem traumę związaną z tym miejscem. Tym jednak razem sam byłem sobie winien. Albo, jak zwykłem sobie wtedy wmawiać, śmierć była prowodyrem wszystkich tych zdarzeń. Jedynym plusem był fakt, że nie było tam ani mojej matki, ani ojczyma. Była za to Gemma i moja babcia, Cindy.

- Jak wiesz, klinika do której uczęszczasz, A RACZEJ UCZĘSZCZAŁEŚ, ma oddział zamknięty. To już nie tylko sesje dwa razy w tygodniu, ale stały pobyt. Chcemy, żebyś poddał się takiej terapii, Harry. Jeśli dobrze pójdzie potrwa to tylko kilka miesięcy. - Powiedziała Gemma, a mnie zastygła krew w żyłach.
Tylko kilka miesięcy? Tylko?!
- Nie dam się zamknąć w jakimś pieprzonym wariatkowie.
- Wybieraj Harry. Albo to, albo nie zobaczysz mnie nigdy więcej.

Po czym obie opuściły salę, zostawiając mnie samemu sobie. Spędziłem na oddziale 72 godziny, podczas który lekarze mieli odżywić i uzdrowić mój struty alkoholem i wygłodzony organizm. Wydawało mi się, że trwało to całą wieczność. Wciąż rozmyślałem nad pobytem w klinice i ostatecznie zdecydowałem się poddać leczeniu. I tak nie miałem innego wyjścia. Nie mogłem przecież stracić jeszcze Gemmy.

- I babci - Mówisz, a ja delikatnie unoszę kąciki ust w niepewnym uśmiechu.
- I babci - Przytakuję.

Wstaję i sięgam do barku, w którym powinienem mieć jeszcze jedną butelkę whisky. Stawiam ją na stoliku przed nami i udaję się do kuchni po dwie szklanki, butelkę coca-coli i kostki lodu. Kiedy wracam zastaję Cię przeglądającą moje płyty CD. Zanim wdajemy się w dyskusje na temat muzyki, siadam na sofie i zdaję sobie sprawę, że po raz pierwszy od trzech miesięcy nie wysłałem do Niego sms-a. Więc robię to teraz.
Tęsknię.

Minuta. Dwie. Trzy... Pięć. Nic.
Gdzie jesteś?

- Co Ty na to, żebyśmy zrobili sobie małą przerwę w Twojej opowieści i posłuchali jakieś muzyki? Nie miałbyś nic przeciwko, Harry? - Potakująco kiwam głową, po czym stwierdzam, że lubię sposób, w jaki wypowiadasz moje imię. 
- Może ColdPlay? - Tak, uwielbiam ColdPlay.
- Jasne. Zacznijmy może od 'Fix You', to moja ulubiona. 

Za sprawą tego utworu oboje odlatujemy. Zamknięte oczy, lekko rozchylone usta. Magia. Jest w nim coś... niesamowitego. Coś fenomenalnego. Nie wiem, kiedy z moich ust wydobywa się cichy pomruk, który z czasem przeradza się w czysty, intensywny śpiew. Wraz z ostatnimi nutami otwieram oczy i widzę zdumienie, wymalowane na Twojej twarzy. Czy to ja jestem tego powodem? Uśmiechasz się i wpadasz w moje ramiona. Tak po prostu, jakby właśnie taka reakcja była najoczywistszą reakcją na świecie.

- Nie wiedziałam, że potrafisz tak pięknie śpiewać, Harry - Harry, Harry, Harry, mów do mnie jeszcze.
- Nie śpiewałem odkąd Go straciłem. Aż do dziś. 
- Chciałabym Go zobaczyć. Mógłbyś to dla mnie zrobić?

Sam chciałbym Go teraz zobaczyć, chciałbym, żeby stanął przede mną, z tym swoim drażniącym uśmiechem i powiedział tak, jak często, kiedy byliśmy jeszcze...blisko. 

- W co się tym razem wpakowałeś, Hazz?
- Tak, Ciebie także dobrze widzieć, Lou.

Jednak nie wszystkie spełnienia naszych pragnień są osiągalne, wyciągam więc zielony album z wygrawerowanym na okładce podpisem 'Larry Stylinson' i siadam obok Ciebie. Kładę album na kolanach i otwieram, ukazując pierwsze zdjęcie. Louis stojący na korytarzu kliniki. Ma na sobie biały t-T-shirt w czarne poziome paski i czerwone spodnie, sięgające kostki. Na czubku jego nosa widnieją okulary w czarnych, prostokątnych oprawkach, a niesforna grzywka ukradkiem zakrada się na czoło. Uśmiecha się. Tak, jak zawsze. Ma piękny uśmiech. Ale tamtego dnia, w którym zrobiłem to zdjęcie, tak nie uważałem. Był tylko niecną kreaturą, która z całą pewnością chciała zrobić ze mnie wariata.

- Jest bardzo przystojny - Mówisz, a ja potwierdzająco kiwam głową, delikatnie się uśmiechając. Rzeczywiście, Lou jest naprawdę piękny.

Pamiętam mój pierwszy dzień w klinice. Szedłem tam jak na skazanie - do walki z własną furią i tętniącą tęsknotą, która odgradzała mi dopływ tlenu. Była środa, a recepcja ośrodka była zatłoczona. Naprawdę zgłaszało się tam tak wielu ludzi? Byłem tym całkowicie zaskoczony. Czy Oni, podobnie do mnie, zostali po prostu postawieni pod ścianą i zwyczajnie zmuszeni do leczenia? Nie miałem bladego pojęcia, ale kto, do cholery jasnej, sam siebie prowadziłby na stracenie?

- Będzie miał Pan prywatnego terapeutę, Panie Styles. Będzie bezustannie przy Panu czuwał, na wypadek, gdyby gorzej się Pan poczuł i chciał z kimś porozmawiać - Usłyszałem nieprzyjemny, piskliwy głos recepcjonistki, znajdującej się po drugiej stronie okienka. Dostałem dreszczy.
- Proszę dać mi te pieprzone papiery i nie traktować mnie, jakbym był obłąkany - Nie odpowiedziała. Podstęplowała tylko kilka dokumentów i podała mi zwój jasnobeżowego papieru. - Pokój numer 203, Panie Styles. Miłego pobytu!
- Nie sądzę, by był miły - Odburknąłem i odwróciwszy się na pięcie, udałem się w stronę szklanych drzwi, gdzie już czekał na mnie ochroniarz, który miał odprowadzić mnie do pokoju. Pieprzona paranoja, wiesz? Nawet nie wiesz, jaki byłem szczęśliwy, że będę mógł wreszcie zamknąć się w swoim pokoju i odciąć od tego zgiełku. Moja wściekłość osiągnęła apogeum, kiedy otworzyłem drewniane drzwi, a w pomieszczeniu zastałem nikogo innego, jak samego Louisa.

- Co Ty tutaj robisz? Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że .. Cholera, to nie może być prawda!
- Przykro mi, Harry, ale niezależnie od tego, czy Ci się to podoba, czy nie, od tej chwili będziemy NIEROZŁĄCZNI. Za tymi drzwiami - wskazał palcem białe wrota, dzielące mój pokój od jakiegoś innego pomieszczenia - znajduje się MÓJ POKÓJ. Dzieli nas zaledwie ta ścianka.

Byłem tak zły, że miałem ochotę walić głową w mur. Kiedy tylko zniknął w tym drugim pomieszczeniu, chwyciłem w dłoń budzik, stojący na małej szafeczce tuż obok łóżka i cisnąłem nim o ścianę. Damn it! 

- Słyszałem! - Odkrzyknął mi głos zza ściany i już wiedziałem, że to będą najgorsze miesiące mojego życia.

Odkładam album na stolik i podnoszę szklaneczki po brzegi wypełnione bursztynowym płynem. Otaczasz jedną z nich długimi palcami, a ja zauważam, że masz piękne dłonie. Och, a więc została jeszcze krzta dawnego mnie. Zawsze zwracałem szczególną uwagę na dłonie.

- Za miłość - Mówisz. - Wznieśmy toast za miłość.
Uśmiechamy się szeroko i unosimy szkła.
- Za miłość, jaka by nie była! 

                                                                    ~~*~~

Przepraszam, przepraszam, przepraszam, kochane, że słabiutko. Po raz kolejny zawodzę. I Was i samą siebie...



poniedziałek, 8 października 2012

2.




2.

z dedykacją dla Nats.
za to, że obracasz moje wieczory do góry nogami.
za to, że podczas rozmów z Tobą, nawet, gdy jestem w totalnej
rozsypce, wystarczy, że wdamy się w dyskusje odnośnie S. i nagle wszystko jest okay.
za to, że jesteś.
z góry przepraszam, kochana, że kiepskie. ;*
love. <3


Wpad­liśmy na siebie. Tak po pros­tu. W środ­ku no­cy. W środ­ku mias­ta. Dwo­je sa­mot­nych, zim­nych ludzi. Tak niereal­nie. Tak nieby­wale. Tak magicznie. 

Siadamy na samej krawędzi dachu. Czujesz jak przyjemnie wiatr muska nasze rozgrzane policzki? Tak, to tutaj od niespełna trzech miesięcy przesiaduję niemal codziennie. To tutaj gubię się i odnajduję w swojej samotności. Tutaj, zawsze kilka minut przed dziewiątą, wysyłam SMS a o treści tęsknię. Zawsze do tej samej osoby. Zawsze z takim samym skutkiem - bez odpowiedzi. Kim jest ta osoba? Do tego przejdziemy później. Na razie wróćmy do kwestii szpitala. Spędziłem tam dwa tygodnie. Ból był nieustanny, szczególnie dawały o sobie znać żebra. Jednak to poczucie osamotnienia bolało najsilniej. Myślałem, że mogę liczyć na moją matkę, że będzie w stanie uwierzyć w moją historię, w to, co tak naprawdę wydarzyło się tamtego dnia. Ale ona wydawała się być głucha na moje tłumaczenia. Przychodziła wprawdzie codziennie, ale nigdy nie siadała przy łóżku, nie próbowała także ze mną rozmawiać. Przynosiła tylko kilka smakołyków, które zostawiała na małym, kiwającym się stoliku tuż przy szpitalnej koi, chwilę przypatrywała się mojej twarzy, po czym nerwowo potrząsała głową i wychodziła. To wszystko. Wiedziałem, że nie mogę liczyć na nic więcej z jej strony. Jak i zresztą każdego, kogo znałem. Byłem zupełnie sam. Zagubiony i mizernie nieszczęśliwy. Nie miałem bladego pojęcia, co będzie dalej, jak potoczy się mój los, jednak, jak okazało się kilka dni później, kiedy wróciłem do domu, matka i ojczym doskonale wiedzieli, jakie kroki podejmę następnie. Postanowili, że zamieszkam z babcią w Londynie, dzięki czemu będę mógł uczęszczać na najlepsze zajęcia dla trudnej młodzieży. Trudnej młodzieży? Ja nie byłem trudnym nastolatkiem, prawdę mówiąc nie sprawiałem większych problemów wychowawczych  To oni sprowadzali mnie na stracenie. Podkładali mi kłody pod nogi za każdym razem, kiedy jakimś sposobem udawało mi się podnieść. Była jeszcze Gemma, moja starsza siostra, z którą miałem doskonały kontakt, dopóki kilka miesięcy wcześniej nie uciekła od zgiełku panującego w naszym domu. Chciała zabrać mnie ze sobą, ale matka w życiu by się na to nie zgodziła. Uważała, że w pojedynkę jesteśmy nieznośni, co więc mogłoby przydarzyć się nam w duecie. Więc, kiedy ona wyjechała byłem zdany wyłącznie na siebie. Uciekłem się do alkoholu i kilku zejść narkotykowych. Ale nie, nie byłem trudnym nastolatkiem. Nie opuszczałem zajęć w szkole i nie dopuszczałem się bójek. O tym, co tak naprawdę działo się w moim świecie, wiedziałem tylko ja sam. Jednak to nie ja byłem osobą, która miała prawo decydować o swoim własnym losie. Cztery dni później byłem już w Londynie. Wiesz, gdzie mieszkała moja babcia? Właśnie tutaj, w tym budynku, na dachu którego właśnie siedzimy, rozmawiając i upijając się gorzkimi procentami. Odgarniając kosmyk włosów z zaróżowionego policzka pytasz, czy lubię to miejsce. Lubię na tyle, by dalej tu mieszkać. Co prawda.. kiedy mieszkaliśmy tu RAZEM z osobą, której historię poznasz niebawem, lubiłem je dużo bardziej. Rzekłbym nawet, że byłem nim zafascynowany. Szczególnie podczas deszczu, kiedy krople ciężko uderzały o masywne parapety, wystukując tym samym coraz to nowe melodie, a my, siedzieliśmy wtuleni na naszej starej, zapadniętej sofie i rozmawialiśmy. Godzinami. Kiedyś postanowiliśmy na jakiś czas się przeprowadzić. Do czegoś nieco bardziej modernistycznego, aniżeli te stare, niezbyt przestronne mieszkanie w kamienicy. Jednak, mimo histerycznego pragnienia posiadania balkonu, które zaspokoił nasz nowy apartament, po dwóch miesiącach wróciliśmy na stare śmieci. Przymykam na chwilę oczy i chyba odpływam , bo po chwili czuję Twoje palce, kiedy lekko szturchasz mnie w bok. Natychmiast wracam do rzeczywistości, posyłając Ci przepraszający uśmiech. 

- Chciałabym poczuć magię tego miejsca.
- To tylko dwa piętra niżej.

Poczułem, że chcę, byś wiedziała ... widziała więcej, niżeli jestem w stanie przekazać Ci samymi tylko słowami. Nagle zapragnąłem stanąć przed Tobą otworem. Harry Styles, miękki jak gąbka, gotowy pokazać Ci siebie od wewnątrz. 

Płyta DVD.
Rok 2010.
I zapomnij, że jesteś, gdy mówisz, że kochasz.

- Przestań, Harry! Naprawdę musisz kręcić te swoje durne filmiki nawet kiedy pracuję? - Libby podniosła wzrok znad sterty dokumentów porozrzucanych na całej powierzchni dębowego biurka i kierując twarz w stronę obiektywu, rzuciła pogardliwe spojrzenie. 
- Wyglądasz uroczo, kiedy pracujesz. - Odpowiedział nieco zachrypnięty głos po drugiej stronie obiektywu, po czym Jego właściciel odłożył kamerę w jakieś bliżej nieokreślone miejsce i skierował obraz  z powrotem na ciemnowłosą dziewczynę. Po chwili znalazł się tuż obok niej i okrył jej ramiona pledem w kolorze kakaa. Obróciła się ku niemu i chwytając oburącz Jego roześmianą twarz, przysunęła ją ku swojej własnej i ucałowała malinowe usta chłopaka. 

Zatrzymuję film, pragnąc złapać oddech i powstrzymać łzy, usilnie wkradające się pod powieki. Dokładnie pamiętam tamten dzień. Chociaż minęły już trzy lata, mam wrażenie, jakby to było wczoraj. Jestem przekonany, że gdybym zamknął oczy, byłbym w stanie wytężyć pamięć na tyle, by do moich nozdrzy dotarł zapach perfum, których Libby użyła tamtego dnia...

Scena numer 2.
Jes­teś od­po­wie­dzią na każdą mod­litwę, jaką za­nosiłem. Jes­teś pieśnią, marze­niem i szep­tem. Sam nie poj­muję, ja­kim cu­dem ty­le cza­su bez Ciebie wytrzymałem. 


- Libby, kochanie, nie mogłam wyobrazić sobie piękniejszej Panny Młodej! - Starsza, jasnowłosa kobieta załkała cicho, ukradkiem wycierając łzy, bezwolnie kreślące przezroczyste szlaczki na jej rumianych policzkach, po czym szeroko rozłożyła szczupłe ramiona i zagarnęła swoją jedyną córkę w matczyny uścisk. - Wyglądasz naprawdę zjawiskowo. - Dodała, składając na czole dziewczyny subtelnego całusa. - No, a teraz leć, Pan Młody jest już gotowy, by Cię poślubić.
- Mamo...? - Kobieta już zdążyła obrócić się na pięcie i przestąpić kilka kroków w stronę drzwi, aczkolwiek zareagowała natychmiast, kiedy usłyszała głos córki.
- Tak, kochanie? - Libby chwyciła drobne dłonie rodzicielki i spojrzała głęboko w jej błyszczące, lazurowe tęczówki. 
- Ja .. to znaczy My...spodziewamy się dziecka. Ale nie...nie, to nie dlatego postanowiliśmy się pobrać. Prawdę mówiąc Harry jeszcze nic nie wie. Zamierzam powiedzieć Mu o tym dziś, niech to będzie Nasz bardzo osobisty prezent ślubny! - Powiedziała na jednym wdechu, cały czas się uśmiechając. Matka natychmiast uścisnęła Libby, gorąco jej gratulując. Tak, zdecydowanie była szczęśliwa. Obie były.

Mówię Ci, że ja też byłem szczęśliwy. Libby była wszystkim, całym moim światem, oczkiem w głowie. A kiedy jeszcze doszła wiadomość o ciąży, byłem wniebowzięty. Co prawda ślub nie był do końca taki, na jaki liczyłem, ponieważ atmosferę burzyła opryskliwość mojej matki i komentarze ojczyma, który bezwstydnie obrażał mnie przy każdej nadarzającej się okazji, ale tak naprawdę liczyło się tylko to, że to właśnie Ona, moja wymarzona kobieta, była o krok od zostania moją żoną. Do pełni szczęścia brakowało Nam tylko tej małej istotki, która niebawem miała pojawić się na świecie.

Na myśl o kolejnych etapach historii Libby poczułem mdłości. Sielanka nie trwała długo. Sięgam po album ze zdjęciami i siadając obok Ciebie, rozkładam go tak, by przewracanie kartek nie sprawiało żadnych trudności, a przy tym dbam o widzialność fotografii, które zamierzam Ci pokazać. Na jednych jestem ja sam, na innych z Gemmą, babcią, czy przyjaciółmi, których poznałem w ośrodku. Są też zdjęcia z Nim. Nim wyjątkowym, bo jego historia zajmie nam naprawdę sporo czasu. Są też fotografie z Libby. I kilka zdjęć na której możesz ujrzeć śliczną twarz mojej córki. Darcy narodziła się 4 grudnia i była najpiękniejszym, co do tej pory widziały moje oczy. 

- Jest piękna.
- Była piękna.

- Niestety, pańskiej żonie się nie udało, Panie Styles. Teraz walczymy o życie Pańskiej córki.

Takie słowa usłyszałem od lekarza prowadzącego ciążę mojej żony. Wyobrażasz sobie, co poczułem? Świat upadł z gwiazd na ziemię, kolana ugięły się pode mną, upadłem jak kłoda na zimną podłogę w szpitalnym holu. Łkałem jak dziecko, uderzając pięściami na oślep. Z tamtej nocy pamiętam tylko chłodne dłonie lekarza, który podawał mi leki uspakajające. Pamiętam zapach śmierci, który unosił się wszędzie, dookoła mnie, zwiastując, że oto właśnie ja, Harry Styles, straciłem serce, które odeszło wraz z nią. Tylko myśl o córce trzymała mnie przy życiu. Przez kolejne dni patrzyłem na nią - tak małą, bezbronną, niewinną. Chciałem bezustannie trzymać ją w ramionach, składać subtelne pocałunki na jej jasnych policzkach, pozwalać, by zaciskała malusieńkie piąsteczki na moimi kciuku... Chciałem, żeby żyła. Odeszła po dwóch tygodniach, jej słabiutki organizm nie był w stanie utrzymać jej przy życiu. I wraz z jej śmiercią, straciłem wszystko, co miałem. Stałem się bezużytecznym, niepotrzebnym wyrzutkiem, którego znienawidziłem. I tak naprawdę najbardziej bolał mnie fakt, że nie zdążyłem się z Nimi pożegnać. Nie zdążyłem powiedzieć, pokazać, udowodnić, jak bardzo je obie kochałem. Miałem być mężem i ojcem, stałem się zupełnie nikim...
Pierwsze tygodnie po Ich śmierci ciągnęły się w nieskończoność. Upijałem się do nieprzytomności i podejmowałem się wszystkiego, co w moim mniemaniu miało załagodzić ból. Jednak ciągle było tylko gorzej. Po pierwszej fazie mojego cierpienia nadeszła część druga. Opamiętałem się z alkoholem i zacząłem całe dnie spędzać w naszej sypialni. Otwierałem wszystkie szafy, w których znajdowały się jej ubrania i ze strachu przed tym, że jej zapach może się ulotnić, zamykałem wszystkie okna i kładłem się na podłodze,  wdychając cudowną woń, która pozostanie w mojej pamięci na zawsze. Woń lawendowego płynu do płukania i mięty. Tak, byłem wtedy o krok od przekroczenia cienkiej granicy między tęsknotą, a obłędem. Na szczęście wpłynęła na mnie Gemma, która małymi kroczkami doprowadziła mnie do stanu, w którym wreszcie zdołałem na własną rękę szukać pomocy dla siebie. Pierwszy raz od długiego czasu zapragnąłem żyć, nie umierać. I wtedy poznałem Jego... 

I odtąd zima zawsze będzie mi Ciebie przypominać. Wtedy się poznaliśmy.
Biel.