środa, 27 marca 2013




Epilog.

- Tato... - Nadwyraz urodziwa dziewczynka o burzy kasztanowych loków, zwinnie zakradła się na kolana barczystego mężczyzny i objęła go za szyję, wtulając nosek w zagłębienie Jego szyji. - Jak długo jeszcze musimy czekać? - Harry uśmiechnął się ciepło, obejmując córeczkę. - Już za chwilę tu będą, obiecuję. - Powiedział, kiedy do ich uszu dotarł dźwięk otwieranych drzwi, a w progu pojawił się Louis, trzymając przed sobą granatowe nosidełko. 
- Tatusiu! - Pisnęła Darcy, po czym zeskoczywszy z kolan Harrego, pędęm pobiegła przywitać Bruneta. - Postaw to proszę na podłodze, chcę ją obejrzeć! - Louis ujął nosidełko za rączkę, po czym pochylił się i wziąłszy Darcy na ręce, udał się do salonu, w którym czekał Harry. 
Malutka dziewczynka zauroczyła nie tylko Louisa i Harrego, ale także Darcy, która nie spuszczała oczu z siostrzyczki. - Jest piękna. - Powatarzała jak mantrę, głaskając jej malutki paliczek swoim również malusieńkim kciukiem. Harry powoli pokiwał głową, po czym przysuwając usta do ucha Louisa, szepnął przeciągle. - Równie piękna, co jej tatuś. - Lou uśmiechnął się szeroko i objął męża ramieniem. Czuł się najszczęśliwszym mężczyzną pod słońcem. Kochał i był kochany. Niczego więcej nie potrzebował. Nic innego nie dałoby mu tyle szczęścia, co Harry, Darcy i malutka Lily. Ujął podbródek partnera i musnął Jego usta. - Kocham Cię, Harry. Każdego, pojedynczego dnia dziękuję Bogu, że Was mam. - I ja Cię kocham. - Loczek uśmiechnął się szeroko, po czym pochwycił w silne ramiona kruszynkę, która tak bardzo podobna była do Louisa i delikatnie ucałował jej czółko. Darcy wślizgnęła się w ramiona Louisa, mrucząc cichutko, kiedy zanurzył dłoń w jej gęstych włosach. I w tamtej chwili cały świat przestał istnieć. Zły czas minął, przetrwali wszystko, by znaleźć się w tej właśnie sytuacji, która zapierała dech w piersi. 

Będziemy na zawsze.


poniedziałek, 11 marca 2013

9.





Wypełnij mnie sobą tak, jakby był białym płótnem, a Ty najzdolniejszym z malarzy. Kilkoma pociągnięciami uczyń ze mnie najpiękniejszy obraz świata.*

Narzucił na ramiona materiał fioletowej bluzy i w pośpiechu uchwycił pęk kluczy, po czym wrzucił je do kieszeni granatowych jeansów i wyszedł z domu, głośno trzaskając drzwiami. W powietrzu unosił się zapach deszczu - wielkimi krokami zbliżającej się jesieni. Odgarnął z czoła kilka kosmyków kręconych włosów i mocno zaciągnął się przyjemną wonią - dla odmiany inną, niżeli ta, która codziennie wypełniała Jego zmysły w szpitalu. Skręcił tuż za kamienicą, w której mieszkał i udał się do małego, okolicznego sklepu w celu zakupieniu gazety i kilku smakołyków, którymi zamierzał uraczyć podniebienie Louisa. Kiedy wszystko było gotowe, złapał taksówkę - jak każdego poranka - i udał się prosto do szpitala, w którym od kilku miesięcy przebywał Lou. Pobudki o szóstej rano weszły mu już w nawyk - nie potrafiłby spać dłużej, niżeli tych kilka godzin, z myślą, iż Jego ukochany niebywale łaknie Jego towarzystwa, a co gorsze - zbyt bardzo obawiał się najgorszego. Już pierwszy podniosły alarm przyprawił Go o zawał serca i chociaż był całkowicie świadomy tego, iż Louis może odejść w każdej chwili, nie był w stanie wyobrazić sobie tego momentu. Na samą myśl rozpadał się na miliony drobniutkich cząsteczek - nie do odbudowania. Kiedy znalazł się pod doskonale znanym sobie budynkiem, pozwolił, by na Jego twarz wkradł się uśmiech - chciał, by za wszelką cenę Tommo widział Go tylko i wyłącznie szczęśliwego. Gdyby było inaczej mógłby - co i tak nazbyt często powatarzał - wmówić sobie, że te ciągłe wizyty są Harremu nie na rękę. A było wręcz przeciwnie; był zupełnie pewien, iż nawet jeden dzień bez obecności Lou byłby dla Niego nie lada katorgą. Mechanicznie zapukał w drzwi do sali Tomlinsona i nie czekając na odpowiedź, wszedł do środka. Mimo stanu, w jakim znajdował się brunet, wciąż pozostawał niezwykle czarujący i optymistycznie nastawiony do całego świata. Uśmiechnął się szeroko, kiedy ujrzał Harrego i wyciągnął do Niego obie ręce, by zagarnąć Go w ramiona.

- Jak się spało, Bohaterze? -  Zagadnął Harry przez wzgląd na niebieską koszulkę z logiem Supermana, którą tego dnia Louis miał na sobie. 
- Widzę, że moje poczucie humoru Ci sprzyja - Odparował Brunet. - Co mi przyniosłeś? - Wskazał palcem na obszerną torbę, którą Harry cały czas trzymał w jednej ręce. 
- Skąd pewność, że jest tam coś dla Ciebie? 
- Bo mnie kochasz - Powiedział pewny siebie Louis, ukazując rządek białych, równych zębów. - A więc, co mi przyniosłeś, Hazz?

-

Przemierzali zatłoczone ulice z mocno splątanymi dłońmi, dzięki którym mieli pewność, że podążają jednym szlakiem. Sklep jubilerski, do którego zmierzali, znajdował się na końcu wąskiej uliczki, gdzie Harry niegdyś, w niewielkiej kwiaciarni, co sobota kupował kwiaty dla Libby. Tym razem nie był sam - towarzystwa dotrzymywała mu Gemma, która była nie mniej podekscytowana niż on sam. Loczek pragnął, by pierścionek był równie oryginalny, co sam Louis, dlatego tuż po wejściu do jubilera, razem z siostrą ruszyli na poszukiwanie cudeńka, które spodobałoby się Brunetowi. Po półgodzinnym błądzeniu i przejrzeniu większości błyskotek, kiedy Harry był niemal zrezygnowany, natrafili na coś, co natychmiast przykuło ich uwagę - pierścionek, który był istnym symbolem miłości i esencją ponadczasowego piękna. Oniemieli. Nie zapytawszy o cenę, złożył zamówienie i zapłacił za cenną błyskotkę.

-

Louis.

Ubrał się w odświętną koszulę i jasne jeansy, które zakupił dla Niego Harry i z niecierpliwością czekał na Jego przybycie. Kiedy ukochany pojawił się w drzwiach i oświadczył, iż tego wieczoru nie spędzą w szpitalu, niemal nie pisnął z radości. Gdzie idziemy? - Dopytywał, ale Styles tylko mechanicznie kręcił głową i szatańsko się uśmiechał. A więc to było niespodzianka. Nie wiedział, czego może spodziewać się po młodszym chłopaku, był jednak święcie przekonany, że Harry przygotował coś spektakularnego.

Kiedy znaleźli się pod kamienicą, w której niegdyś spędzali wspólnie mnóstwo czasu, na twarzy Tommo pojawił się szeroki uśmiech. Mimo, iż nie było to nic nadzwyczajnego, wieczór spędzony u boku ukochanej osoby, w miejscu, z którym wiązał wiele cudownych chwil, było jak spełnienie marzeń. Mocniej ścisnął dłoń Loczka i wspólnie przekroczyli drzwi główne, by następnie udać się schodami na górę. Na dach.
Na szczycie zastali pięknie udekorowany stół, a w powietrzu unosił się subtelny zapach świeżo przyrządzonych potraw. Louis wtulił się w muskularne ciało Harrego i musnął ustami Jego policzek. - Dziękuję - Szepnął, nie powstrzymując łez, które ukradkiem toczyły się po Jego rumianych policzkach. 

-

- Nigdy nie pozwól mi odejść w cień, którego się boję, w mrok, w którym ginę, w nicość, której nie rozumiem. Nigdy nie zostawiaj mnie samego, choćby na chwilę, choćby na moment, bo cień, którego się boję, bo mrok, w którym ginę, bo nicość, której nie rozumiem, na zawsze mnie pochłonie. * - Uklęknowszy na kolana, Harry ujął w swoje dłonie, dłonie Louisa i uniosłwszy je obie do ust, ucałował ówcześnie, po czym przemówił spokojnym, łagodnym głosem, patrząc prosto w rozpalone tęczówki Bruneta. - Jesteś moim życiem, Louis. Jesteś wszystkim, czego szukałem, odpowiedzią na każde pytanie, promykiem słońca w pochmurny dzień. Jesteś biciem mego serca, jesteś nadzieją, zbawieniem, jesteś wodą i ogniem... Louis'ie William'ie Tomlinson, czy zechcesz obdarować mnie najpiękniejszym prezentem i zostać moim mężem? - Z kieszeni, znajdującej się na wewnętrznej kapie szarej marynarki, wydobył czerwone pudełeczko. Otworzył i wysunął na otwartej dłoni w stronę Louisa. Kamyk zabłysną w świetle palących się świec. W oczach Tommo roztańczyły się świetliki. - Tak, tak, po stokroć - tak! - Szepnął, wtulając twarz w zagłębienie szyi ukochanego. 

' I ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską, oraz, że Cię nie opuszczę aż do śmierci.'

... .i ślubuję Ci uśmiech przy porannej kawie, parasol w deszczu i stokrotki na wiosnę.




czwartek, 7 marca 2013

8.




8.

Wiesz, nie wierzyłem, że jeszcze kiedyś się zakocham. Straciłem wszelką nadzieję, że kiedykolwiek jeszcze ktoś zdoła unieść na swoich ramionach ciężar mojej dziurawej duszy. Ale wtedy spotkałem Ciebie i Ty za sprawą magii swojej osoby, zdołałeś ją załatać i unieść mnie wysoko ponad Ziemię. Myślałem, że jesteśmy inni niż wszyscy, teraz wiem, że jesteśmy jak każdy. A może nawet gorsi? My upadliśmy jeszcze niżej. Czy w ogóle kiedyś istnieliśmy? Wodziłeś mnie za nos, kłamałeś i oszukiwałeś, przekonałem się o tym na własnej skórze. Zaprzecz wszystkiemu, powiedz, że jestem w błędzie, powiedz, że wszystko będzie dobrze. Uratuj mnie.

Wtapiał wzrok w Jego śpiące oblicze, rozmyślając nad nieprzeciętną urodą ukochanego. Nawet teraz, po czterech miesiącach walki z chorobą, Louis wyglądał nadto dobrze. Mimo urazy, jaką Harry żywił do Tomlinsona, nic nie było w stanie powstrzymać Go przed przybyciem do szpitala, choćby po to, by potrzymać Go za rękę. I mimo nienawiści względem Drew, był gotów jej uwierzyć, kiedy przyszła do Niego, odrobinę zmieszana i opowiedziała mu o chorobie brata. Co prawda, mówiąc to na jej urodziwej twarzy malował się podły, odrobinę ironiczny uśmiech, który prawdopodobnie odzwierciedlał jej radość z upadku Louisa - jednak nie to miało w tamtym momencie znaczenie. Jego Boo Bear Go potrzebował, a on nie zamierzał czekać ani chwili. W granatową torbę podróżną spakował kilka niezbędnych rzeczy i chwyciwszy puchową kurtkę, udał się prosto na peron, skąd złapał najbliższy pociąg do Doncaster. Podróż wzmagała uczucie lęku, które powoli zżerało Go od środka. Bał się, że zastanie Louisa w stanie, w którym nigdy nie chciałby Go ujrzeć. Teraz siedział na niewygodnym krześle tuż obok koi, w której spał Lou i mocno ściskał Jego drobną dłoń. Powstrzymywał łzy, które mimowolnie toczyły się po Jego bladych policzkach. Nie tak miało wyglądać Ich spotkanie. Nie tak miało wyglądać Ich życie. Po kilku godzinach Lou zaczął się przebudzać. Kręcił się niewymownie, jakby coś rozdzierało Go od środka, lecz mimo to, za sprawą jakieś nieokreślonej siły, nie wypuszczał dłoni Harrego z uścisku. Styles pochylił się nad Nim, delikatnie musnął go w czoło i kciukiem pogładził po policzku. 

- Spokojnie, jestem przy Tobie - Szepnął, starając się ując w tych kilku słowach całą swoją miłość. Louis uspokoił się znienacka i odwrócił twarz w stronę Harrego - tak, że ich oczy się spotkały. Słaby, aczkolwiek szczery uśmiech pojawił się na Jego zmęczonej twarzy.
- Tęskniłem za Tobą.
- Ja za Tobą też. 
- Brakowało mi Twojego oddechu.
- Harry?
- Tak?
- Przepraszam.
- Wiem, Lou, nie myśl o tym teraz.

Dla mnie zawsze będziesz święty.

-
Jakiś czas później.

Zachwycony usiadł na drewnianym pomoście i pozbywając się granatowych vansów, które zdobiły Jego stopy, zanurzył je w przyjemnie chłodnej wodzie z wolna płynącego potoku. Odchylił głowę do tyłu i rzucił czarujący uśmiech w stronę Harrego, który rozpływał się szczęściem ukochanego.
- Podoba Ci się? - Zapytał, chociaż doskonale znał odpowiedź. Kąciki ust Lou uniosły się tak wysoko, że chyba niemożliwym byłoby rozciągnięcie ich ani milimetra wyżej. Harry zajął miejsce obok Niego i również pozbył się butów, po czym powtórzył czynność towarzysza. Tomlinson nareszcie wracał do życia, co automatycznie wzniecało radość Loczka*. Tak długo czekał, by Jego stan się polepszył, że teraz, kiedy wreszcie mogli opuścić szpital i udać się na wakacje, nie miał serca rozdrapywać przeszłości, spraw, które kiedyś rozdzieliły Ich na długie miesiące. Wiedział, że kiedyś w końcu będzie musiał poruszyć ten temat, aczkolwiek chęć uszczęśliwienia Louisa przeważała nad wszystkim innym. Bo tak naprawdę liczył się tylko On.
- Dziękuję, że mnie tutaj zabrałeś. Kocham Cię, Harreh - Objął go ramieniem i mocno przyciągnął do siebie, by złożyć na Jego ustach czuły pocałunek.
- Ja Ciebie też, LouLou. Jesteś moim życiem.

Błagam, bądźmy zawsze.
-
 Jego śmiech rozniósł się po pustym mieszkaniu. Wpatrywał się w niego jak w najpiękniejszy obrazek. Po chwili, nie mogąc powstrzymać emocji, które nachalnie wzbierały się w nim całym, podszedł do Niego energicznie i popchnął na kanapę, przyciskając ciężarem swojego ciała. Wpił się w Jego drżące wargi, ssąc i przygryzając. Louis jęknął przeciągle, mocniej zaciskając palce na plecach Styles'a. Harry dostrzegł w oczach Lou iskierki pożądania i zaczął podwijać Jego bluzkę do góry. Po chwili był nagi. Całował każdy skrawek Jego ciała. Pozbawił garderoby i siebie. Drżenie, westchnienia, oni, nie odrywający się od siebie ani na milimetr. Spragnieni, zachłanni, zakochani. Tej nocy ich ciała znów złączyły się w dzikim tańcu dusz.  

Uczę się Ciebie na pamięć,
Niecierpliwymi palcami,
Rozpaczliwie na pamięć,
Czytam zachłannie od nowa,
Całego zdanie po zdaniu. *

-
Przeciągnął palcami pomiędzy kręconymi kosmykami swoich włosów. Gdzieś w oddali słyszał kroki pielęgniarki, szybko poruszającej się po obłędnie białym korytarzu szpitala. Krew uderzała mu do głowy. Zacisnął palce na cienkim materiale kremowej koszulki polo tak mocno, że posiniały mu knykcie.

- Panie Styles? - Podniósł głowę, obrzucając kobietę spojrzeniem pełnym dziecięcej ufności. Gdzieś głęboko w nim tkwiła nadzieja, która utrzymywała Go przy życiu. Uchroń mnie od złego.
- Niestety, Jego stan uległ znacznemu pogorszeniu. Nie mogę... - Ale On już jej nie słyszał. Zerwał się na równe nogi i nie zważając na lekarza, próbującego ustabilizować stan Louisa, odtrącił Go i szlochając głośno, podbiegł do łóżka i mocno objął nieprzytomnego chłopaka.
- Błagam Cię, Boo, nie poddawaj się. Nie zostawiaj mnie.

Głośny, równomierny dźwięk szpitalnej aparatury przerwał Jego zawodzenie. 

Nie rób mi tego.

Jak zawsze - nie jestem zadowolona. Gorzej. Jest za słodko, zbyt lakonicznie i chaotycznie. Wyszło masło maślane, wybaczcie. Dla A, która z dniem dzisiejszym powróciła do mojego pisania. Ściskam i całuję. xoxo


środa, 6 marca 2013

7.


Z dedykacją dla Anii, za Twoją wytrwałość.
Kocham Cię do szaleństwa, ot. <3




Nobody compares to you.
-
Harry.

Powoli otworzył paczkę czerwonych Marlboro. Zdarł folię i rzucił obok siebie, wzdychając przeciągle. Uchwycił w długie palce jedną z białych rurek, ulokował ją między malinowymi wargami i podpaliwszy, głęboko zaciagnął się szarym dymem. Blade światło księżyca wkradło się przez okno, oświetlając Jego skuloną sylwetkę. Przez chwilę delektował się spustoszeniem, jakie nikotyna siała w Jego wnętrzu. Niedbale zgasił niedopałek i niepewnie stawiając gołe stopy na drewnianej podłodze, zsunął się z parapetu. W pokoju panował półmrok, wzniecany niemrawym światłem nocnej lampki. Łóżko typu 'king size' było zdecydowanie zbyt duże dla jednej osoby, tak więc oszołomiony nagłą utratą Louisa, popadł w beztroski błogostan, któremu taktu dodawała Drew. Bezszelestnie wsunął się pod satynową kołdrę i mruknął znacząco, kiedy poczuł obok siebie ciepło jej szczupłego ciała. Ułożywszy się tuż nad nią, pochylił się i delikatnie musnął jej usta, wciąż jeszcze nabrzmiałe od pocałunków. Niezłomnie rozchyliła wargi, pozwalając, by ich języki złączyły się w namiętnym tańcu.
Tej nocy kochał się z nią bez końca. Jednak w głębi duszy wiedział, że żadna przyjemność nie zastąpi bliskości i wsparcia osoby, która przenika do jego wnętrza, nie pod ubranie.

Kiedy przyszła do Niego tej nocy, czuł, że powinien wykorzystać jej obecność, by dać upust swoim emocjom. Oblała go fala pożądania, kiedy czerwona sukienka opadła na podłogę w sypialni. Wydawało mu się, że kiedy posiądzie jej ciało, ustami i dłońmi nakreśli na nim ślad swej obecności, przestaną one należeć tylko do Niego. Staną się niczyje. I będzie jak dawniej. Ale w tym momencie, siedząc na zapadniętym fotelu, towarzyszyła mu tylko tęsknota. Za lazurowymi tęczówkami, gromkim śmiechem, zbyt długą grzywką opadającą na czoło...
-
Kocham Cię miłością szaleńca.
-
Louis.

- Diagnoza jest jasna, jak słońce - Zaczęła ciemnowłosa kobieta, ubrana w długi, biały fartuch. Rzuciła pełne współczucia spojrzenie w stronę Louisa, siedzącego w jej gabinecie. Jego twarz natychmiast pobladła, wargi zszarzały, a zawsze błyszczące oczy zaszły mgłą. Oniemiał. - Cierpi Pan na chorobę nowotworową. Przykro mi.
- To...pewne? - Rozbrzmiało niepewne pytanie.
- Całkowicie.

Wstał i wyszedł na korytarz. Drżącymi rękami dotknął barierki. Zacisnął na niej rękę. Pod stopami czuł zimno płytek, jednakowe, jakie zaczęło rzucać jego wątłym ciałem. Jego wzrok zatopił się w ciemnym otoczeniu. Upadł.

Po przebudzeniu słyszał tylko szum szpitalnej aparatury i tykanie zegara, który beznamiętnie odmierzał czas. Błądził wzrokiem po pomieszczeniu o chłodnej, wręcz lodowatej aurze, która natychmiast przyprawiła go o zawroty głowy. Głośno przełknął ślinę, nagle zdając sobie sprawę ze swojej beznadziejnej sytuacji; nie tylko był ciężko chory - był także śmiertelnie samotny. W tamtym momencie pragnął tylko uścisku Jego dłoni. Świadomości, że jest blisko. Zadrżał z przerażenia. Ciężko opadł na poduszkę, zaciskając powieki.
-
Błagam, byśmy spotkali się w snach.

-
Harry.

Paranoja, pomieszanie zmysłów.
Nie potrafił się opanować. Bez wahania wbiegł do kilniki, w której wszystko się rozpoczęło. Następnie udał się schodami na trzecie piętro. Skręcił korytarzem, mijając małą, oszkloną salę, w której całkiem niedawno spędzał popołudnia, po czym szarpnął za klamkę drzwi, znajdujących się na samym końcu. Zamknięte.  Naparł na nie z całych sił. Nic. Wziął głęboki oddech i rozbiegając się lekko, z impetem uderzył całym ciężarem swojego ciała. Udało się. Drzwi wkońcu odpuściły i rozwarły się z głośnym trzaskiem. Wślizgnął się do środka, oddychając ciężko. Tak, jak się spodziewał - w pomieszczeniu, jak na Louisa przystało, panował idealny porządek. Na dębowym biurku znajdowały się dokumenty, poukładane w równe stosiki. Pojemnik na przybory stał w prawym rogu, a ekran monitora błyszczał czystością - tak samo, jak wszystkie rzeczy, znajdujące się w promieniu kilku metrów. Czarne, obite skórą krzesło, zielone zasłony i takiej samej barwy gruby, turecki dywan. Książki na zawieszonych asymetrycznie szalkach poukładane były alfabetycznie, a dyplomy wiszące na ścianach po obu stronach gabinetu, idealnie oprawione. Wszystko było nieskazitelne - tak, jak sam właściciel. Harry uśmiechnął się na tę myśl, jednak natychmiast wezbrało się w nim zamierzenie, z jakim tutaj przyszedł. Zamierzał znaleźć Lou i zmusić Go do wyjaśnień - nieważne, co miałby dla tego celu poświęcić. Kiedy przeszukiwał szuflady, czuł się zepsuty do szpiku kości. Dłonie mu drżały, kiedy przerzucał kolejne papiery, zdjęcia, karteluszki zapisane ukośnym pismem Tomlinsona. I nagle zadrżał. Na dnie szuflady dostrzegł fotografię. Rodzinną. Dwoje ludzi w średnim wieku i troje dzieci : dwie, niemal identyczne dziewczyny i chłopak. Libby, Drew i... Louis. Obrócił zdjęcie i dostrzegł napis : Zjazd rodzinny, rok 2004. Osunął się na podłogę. Łzy beznamiętnie spłynęły po policzkach, zakreślając szlaczkami swoją obecność. Chciał krzyczeć, ale z Jego ust nie wydobywały się żadne dźwięki.  Zamarł, oszołomiony niespodziewanym odkryciem.

-
Weszła do Jego mieszkania zupełnie nieświadoma tego, co miało nastąpić. Zastała go siedzącego przy kuchennym stole. Kiedy przekroczyła próg, spojrzał na nią oczami przepełnionymi pustką. Uśmiechnęła się, chcąc rozładować napiętą atmosferę, która wydawała się uderzać z każdej strony. Pochyliła się i położyła dłonie na Jego ramionach. Natychmiast je strząsnął i wstając energicznie, chwycił ją za nadgarstki i przygwoździł do ściany swoimi rękoma. Jęknęła, czując dyskomfort.

- Nie tak brutalnie, Styles - Szepnęła, sądząc, że to tylko kolejna już, seksualna gierka ze strony Harrego. Odrobinę się wystraszyła, kiedy na Jego twarzy dostrzegła prawdziwą wściekłość.
- Spierdalaj - Jad sączył się z każdego słowa, które wypowiedział.
- Przecież...
- Wypierdalaj, bo Cię zasztyletuję.

czwartek, 15 listopada 2012

6.





i want to thank you for giving me the best days of my life.

Wtuliłem się w Niego mocno, szlochając coraz głośniej. Sam nie wiem, czy były to łzy rozgoryczenia, czy szczęścia, że znowu, po ponad trzech miesiącach rozłąki, mogłem ujrzeć Jego piękną twarz. A może jedno i drugie? Delikatnie, samymi tylko opuszkami długich palców, pogładził mnie po policzku, by następnie równie przelotnie zarysować linię ust, nosa i oczu. Uwielbiałem Jego motyli dotyk. Jęknąłem cicho, kiedy prawą dłonią chwycił krawędź białej koszulki polo i zanurzył ją pod cienki materiał, subtelnie drażniąc mój rozgrzany tors. Byłem rozpalony do nieprzytomności, chociaż wiedziałem, że to dopiero początek - Lou było stać na wiele, wiele więcej. Pospiesznie pochwyciłem Jego rękę, kiedy zaczął ją wycofywać i ułożywszy ją sobie w dolnej części brzucha, nieco uniosłem swoje ciało, sięgając Jego ust. Smakował dokładnie tak, jak zapamiętałem. Jego usta były miękkie i wilgotne - właśnie takie, jak lubiłem. Oddawał pocałunki z nie mniejszą zachłannością niż ja, a nawet - gdybym miał być zupełnie szczery - był tym zupełnie pochłonięty. Mruczał cicho między jednym, a drugim zatchnięciem ust, co nakręcało mnie jeszcze bardziej.

it's in Your lips,
and in your kiss.
it's in your touch, 
and your fingertips.
and it's in all the things,
and other things
that make you who you are.
and in your eyes
irresistible.
*

Wtedy, zaraz po Naszym nieco rozpaczliwie namiętnym akcie, kiedy zbudziłem się z głową Louisa na moim ramieniu, pierwszy raz od dłuższego czasu poczułem się naprawdę szczęśliwy. Lubiłem przyglądać Mu się, kiedy spał. Wyglądał wtedy naprawdę uroczo. Długa grzywka opadła Mu na twarz, natychmiast delikatnie ją odgarnąłem i ucałowałem go w czoło. Uśmiechnął się subtelnie i otworzył oczy.
- Cóż za miła pobudka, Hazz. - Powiedział prawie szeptem i złożył na moich ustach soczystego całusa. - Dzień dobry. A właściwie...dobry wieczór. - Dodał, racząc mnie szerokim uśmiechem. Uśmiechem, który kochałem nade wszystko. Ułożyłem się na plecach i praktycznie wciągnąłem Go na siebie, pragnąc za wszelką cenę poczuć słodki ciężar Jego ciała. Uwielbiałem mieć Go blisko, najbliżej. Kiedy Nasze oczy się spotkały odniosłem wrażenie, jak gdyby moje serce się topiło. Jego tęczówki - ich kolor, najpiękniejszy błękit jaki kiedykolwiek widziałem i długie, gęste rzęsy - wiedziałem, że to właśnie w te oczy pragnąłem patrzeć do końca życia.
- Dlaczego...dlaczego mnie zostawiłeś, Louis? - Zapytałem znienacka pół szeptem. Lou głośno przełknął ślinę i przymknął powieki.
- Myślę, że to nieodpowiednia pora na takie pytania, Harry. Pozwól, że najpierw pójdziemy coś zjeść, a później obiecuję odpowiedzieć Ci na każde pytanie. Dobrze? - Zgodziłem się, chociaż krew buzowała mi w żyłach - cholernie pragnąłem dowiedzieć się dlaczego mimo wielu obietnic wspólnej, radosnej przyszłości, zostawił mnie na pastwę losu zupełnie niespodziewanie, bez jakichkolwiek wyjaśnień i pożegnania.
- Idziemy? - Energicznie podniosłem się z łóżka i stanąwszy na środku sypialni, począłem klaskać w ręce - zupełnie nie mam pojęcia dlaczego. Natłok emocji? Lou zlustrował mnie dokładnie od góry do dołu i wybuchł głośnym, histerycznym śmiechem. Kiedy wreszcie przestał, a ja zupełnie zdezorientowany sterczałem w miejscu, spojrzał na mnie po raz kolejny i z nieschodzącym z ust diabelskim uśmiechem, zapytał - Zamierzasz się ubrać? - Dopiero wtedy zorientowałem się, że jestem zupełnie nagi. Cholera. Musiałem wyglądać komicznie, skacząc golusieńki po pokoju. Parsknąłem śmiechem i szybko zniknąłem za drzwiami łazienki.


W po­jedynkę sta­nowi­my tyl­ko dwie ma­terie. Ra­zem jes­teśmy ideą. 

Tamtego wieczoru specjalnie ubrałem swoją jedyną odświętną koszulę. Wprawdzie długo się do tego przymierzałem. Trzymałem delikatny materiał w dłoniach i studiowałem Jego fakturę. Zakładałem ją i ściągałem. W końcu wyszedłem i zaprezentowałem się Louisowi. Najwyraźniej spodobało mu się to, co zobaczył, bo na Jego usta wkradł się szeroki uśmiech.
- Wyglądasz wspaniale Hazz, ale naprawdę, tyle zachodu dla kolacji na...dachu? - Dachu? Dlaczego wcześniej na to nie wpadłem? Tak, to zdecydowanie najodpowiedniejsze miejsce dla naszej dwójki.
- Wiesz, zamówiłem Chińszczyznę - Powiedział Louis, a ja zamyśliłem się na chwilę. Poszła, wyszła...miała wrócić, nie wróciła, a ja nawet... nie maiłem bladego pojęcia, jak jej na imię. Poczułem się nagle dziwnie i nieswojo. A może wróciła i zastała nas...Odgoniłem te myśli. Na pewno coś jej wypadło i niebawem wróci. Obiecała, a ja jej wierzyłem. Tak, jak zawsze wierzyłem Libby.
- Gotowy? - Zapytałem i chwyciłem Louisa za rękę, prowadząc Go na Nasz dach.

*

- To, że milczę nie znaczy, że nie mam nic do powiedzenia. - Kiwnąłem głową, zastanawiając się nad treścią pytań, które najpierw powinienem zadać Louisowi. Było ich tak wiele, że nie wiedziałem od czego zacząć. Czy wie, że złamał mi serce? Sprawił, że codziennie, na nowo, umierałem od środka?
- Po prostu powiedz mi dlaczego odszedłeś, Lou. Tylko tyle chcę wiedzieć, tylko to tak naprawdę się liczy. 
Oplótł się ramionami, jak gdyby nagle ogarnęło go niezwykłe zimno i pochylił głowę. Nie chciał patrzeć w moją stronę? Czy prawda była tak... brutalna? Strach niemal zatrzymał moje serce. Nagle zaczął mówić. Powolnie, naciskając na każde słowo.
- Byłem Twoim terapeutą, Harry. TWOIM TERAPEUTĄ. Podczas Twojego pobytu w szpitalu robiłem z Tobą wiele rzeczy, które nigdy nie powinny mieć miejsca. Gdy zdałem sobie sprawę, co zrobiłem, stchórzyłem. Straciłeś żonę, bałem się, że jestem po prostu lekarstwem po jej utracie. Bałem się, że gdy tylko przejdziesz rekonwalescencję i poczujesz się lepiej, stanę się zupełnie nikim dla Ciebie. Bałem się, że wymienisz mnie na kogoś innego Harry, a ja nie tylko zostanę ze złamanym sercem, ale także bez przyszłości związanej z jakimkolwiek życiem zawodowym. Dlatego...
- Kocham Cię, Louis. W życiu nie...
- Teraz to wiem. Potrzebowałem czasu, by to zrozumieć. Wybacz, że to zajęło mi tak długo. - Przysunąłem się do Niego i objąłem ramieniem. Wiedział, że rozumiem i mu wybaczam. Nie mógłbym postąpić inaczej.
- Tylko obiecaj mi, że to się nigdy nie powtórzy, Louis. Proszę.
- Niestety, Harry, czeka nas jeszcze jedna próba. Ostatnia, obiecuję, ale proszę, nie mówmy o tym teraz...


Don't bring me Moons or Stars
The Sun or Mars – just hold me, baby
Don’t let me slip away, just let me stay.
I need you all the way.




*

Siedziałem na dachu okryty chłodnawym wietrzykiem przygaszonego poranka, wypalając papierosa za papierosem. Tym razem uczucie zawodu powróciło do mnie ze zdwojoną siłą. Nie myślałem, że kolejna próba nastąpi tak szybko, nie spodziewałem się tak nagłego zwrotu akcji. Byłem przekonany, że kiedy się obudzę, spędzę kolejny, cudowny dzień u boku Louisa. Zamiast tego czekała na mnie nieprzyjemna niespodzianka w postaci pustego miejsca w łóżku tuż obok mnie i listu, pozostawionego na nocnej szafce. Emocje szarpały mną na wszystkie strony, kiedy sięgnąłem po śnieżno - białą kopertę. Co chcesz mi przekazać Louis? Nie miałem w sobie na tyle odwagi, by ją rozerwać i zagłębić się w treść. Zamiast tego powróciłem w jedyne miejsce, które przynosiło chwilowe ukojenie.

Prawda jest taka, że bał się, bo po raz pierwszy tak mocno czegoś pragnął, jednocześnie wiedząc, że tak trudno będzie mu to dostać.

*

- Nie bądź niemądra, Libby. Naprawdę uważasz, że to facet dla Ciebie? - Drew teatralnie odgarnęła długie, ciemne włosy i prychnęła z dezaprobatą, rzucając pełne niezrozumienia spojrzenia w stronę siostry.
- Dlaczego miałby nie być DLA MNIE? - Lib miała dość docinek, którymi Drew raczyła ją każdego pojedynczego dnia. Co w Harrym tak bardzo jej nie odpowiadała, że nie potrafiła zaakceptować faktu, że kochała go całym sercem?
- Spójrz tylko na Niego, to życiowy nieudacznik. Nikt go nie chce, nawet własna matka, a Ty przygarnęłaś go, jak jakiegoś pieprzonego przybłędę. - Krew zagotowała się w żyłach Libby. Wiedziała, że siostrę stać na wiele, ale skąd u niej tyle nienawiści względem osoby, której nie miała okazji nawet poznać? Nie miała ochoty do dalszej dyskusji, wstała więc z wiklinowego fotela i odeszła z werandy, głośno tupiąc nogami. Na jej miejscu rozsiadł się ciemnowłosy chłopak, głośno klaskając w ręce. 
- Widzę, że nieźle sobie poradziłaś, Drew. Dalej nie jesteś w stanie zaakceptować wyboru siostry? A może najzwyczajniej w świecie jesteś zazdrosna, co? - Dziewczyna zgromiła go wzrokiem i głośno parsknęła. - To nie Twój pieprzony interes, Louis. Zajmij się lepiej nauką, bo jeśli nie skończysz szkoły, ojciec napewno surowo Cię ukarze. Pomyśl tylko, co stanie się w momencie, w którym oświadczysz ojcu, że wszystkie pieniądze, które włożył w Twoje wykształcenie, szkoły w Ameryce, poszły w błoto? Myślisz, że byłby bardzo, ale to bardzo wkurzony? Och, nie patrz na mnie takim wzrokiem, braciszku.
- Jesteś najbardziej niecną kreaturą, jaką znam. - Odparł ze wściekłością, spoglądając na Drew, na której malinowych ustach malował się szeroki uśmiech. - Nie możesz znieść czyjegoś szczęścia, bo wiesz, że sama nigdy Go nie zaznasz, prawda? Nikt, NIGDY, nie pokocha kogoś Twojego pokroju. Odnośnie Naszego tatusia, nie wydaje Ci się dziwnym fakt, że tylko w Twoje wykształcenie nie włożył ani pensa? Nic w tym nadzwyczajnego, jest na tyle inteligentny, by domyśleć się, że skończysz jako śmieć, któremu na nic się ono nie zda. Ciekawe dlaczego to NIE CIEBIE zatrzymał przy sobie, co? Och, nie patrz na mnie takim wzrokiem, Siostrzyczko. - Wiedział, że wygrał, odszedł więc pełen satysfakcji.
Drew wygodniej usadowiła się w fotelu i zaczęła opracowywać plan zniszczenia wszystkiego, co kojarzyło się jej ze szczęściem. Jeśli ona nie była szczęśliwa, jak mogła pozwolić na szczęście innych?




Jeszcze wtedy Harry Styles nie miał bladego pojęcia, o tym, co tak naprawdę działo się tam, gdzie nie sięgał wzrokiem...



sobota, 10 listopada 2012

5.









You're still in my memory.
Moments.

Nadchodził wieczór. Przez nieruchome gałęzie przebijała się czerwień zachodzącego słońca.
Harry przetarł zmęczone oczy, ziewając leniwie. Podniósł rękę i spojrzał na zegarek, który cały czas spoczywał na Jego nadgarstku. Dochodziła 20:00. Jak to możliwe, że przespaliśmy cały dzień? Ukradkiem uśmiechnął się do swoich wspomnień i widoku Louisa, który minionej nocy wił się z rozkoszy, podczas gdy jego dłonie zachłannie błądziły po ciele chłopaka. Louisa, u boku którego Harry spędził całą noc i najwyraźniej cały następujący po niej dzień. Obróciwszy się na bok, ku swojemu zdziwieniu, zorientował się, że jest sam. Nie zobaczył - tak, jak się spodziewał - Lou, słodko wtulonego w miękką poduszkę. Rozejrzał się po pokoju - przy otwartym oknie stał wysoki mężczyzna. Ciemne włosy mierzwione przez wiatr i kurczowo zaciśnięte kciuki. Zawołał Jego imię. Louis obrócił się, a Harry przygryzł dolną wargę, skupiając się na Jego nienagannym wyglądzie.
- Zamknij okno, bo się przeziębisz, Boo Bear - Ciemnowłosy nieznacznie pokiwał głową i zrobił to, o co został poproszony, po czym przestąpił kilka kroków, by następnie zająć miejsce w łóżku tuż obok Harrego. Wyciągnął rękę i odsuwając szufladę w komodzie, wygrzebał z niej pogniecioną paczkę papierosów, paczkę zapałek i popielniczkę. Z rzędu białych rurek sięgnął jedną i ulokował ją między wargami. Podpalił i mocno zaciągnął się szarym dymem.
- Wiesz, że nienawidzę, kiedy palisz - Powiedział Harry, wygodniej układając głowę na Jego ramieniu. Lou objął go ramieniem na tyle mocno, że Harry niemal miał wrażenie, że Ich ciała stały się jednością. Niektóre perfumy były jak sensowna treść, którą nosiło się na ciele. Jego były zjawiskowe.*

... po prostu był. 
I podobało się to moim ustom, mojej szyji i całemu ciału.


in the cold light of morning.



Nigdy nie wysyłałem do Niego sms-a nad ranem. Nie robiłem tego, bo wspomnienie o naszych wieczornych eskapadach na dach, zwyczajnie przyciągało mnie w tamto miejsce i to właśnie stamtąd - nie mam pojęcia jakie to tak naprawdę ma znaczenie - słałem wiadomość tej samej treści. Ale teraz, kiedy obudziłem się o świcie, pomyślałem o Tobie. Gdzie jesteś?

Tęsknię.
Minuta. Dwie. Trzy...Nic.

- Kochasz mnie, Harry?
Tak, kocham całym sobą.
- Przestań, Lou. Jesteśmy przecież tylko przyjaciółmi.
Strach przed uczuciami, tępione emocje - cały Harry Styles, cały ja i moje pieprzone ego.

A chciałbym Ci wystarczać. 
Idealnie pasować do wystających łopatek, dłoni, domu i marzeń. 


Obracam głowę, a Ty śpisz tuż obok mnie. Zabawnie marszczysz czoło, jakbyś właśnie w swojej słodkiej otchłani snu, głęboko się nad czymś zastanawiała. Uśmiecham się półgębkiem, nagle zdając sobie sprawę, że mam ochotę Cię pocałować. Delikatnie, ukradkiem, musnąć Twoje usta. Chwilę się nad tym zastanawiam, jednak z obawy, że mógłbym Cię obudzić i odstraszyć tym nagłym impulsem emocji, cichusieńko wymykam się spod koca i wstaję z sofy. Sięgam po papierosa i udaję się na dach, pozwalając Ci spać spokojnie. Znowu jestem na samej krawędzi. Jednak o poranku wszystko wygląda inaczej, nie jest tak intensywne, jak w nocy. Uczucia nie są takie...głębokie. Zaciągając się szarym dymem, rozmyślam nad tym wszystkim, co zaszło w moim życiu. Gdzie popełniłem błąd, co takiego zadecydowało o tym, że zostałem sam? Wtedy po raz pierwszy zdaję sobie sprawę, że tak naprawdę nie mam nikogo. A myśl o Tobie po raz kolejny wpada mi do głowy.

A Ty kim, kim dla mnie mogłabyś być?
Może czymś w dotyku miękkim tak jak puch?

Siadam i oparłwszy się o szary murek, zamykam oczy. Zapadam w pół - sen, z papierosem tlącym się w dłoni. Budzą mnie Twoje kroki tuż za moimi plecami. Odwracam twarz i obejmuję Cię spojrzeniem. Masz na sobie Jego koszulę. Tę białą w błękitne prążki. I wyglądasz w niej obłędnie. Długie, kasztanowe włosy tańczą na wietrze, a cienki materiał koszuli nie okrywa długich, zgrabnych nóg, od których nie sposób oderwać wzroku. Jesteś piękna. Tak piękna, jak ... cholera. Nagle rozumiem dlaczego właśnie Ciebie wybrałem w barze. Dlaczego to Tobie postanowiłem opowiedzieć swoją historię. Wyglądasz jak Ona. Powoli się podnoszę i nie spuszczając z Ciebie wzroku, zmierzam w Twoją stronę. Wyciągasz ręce w moim kierunku, a ja bez zastanowienia chwytam Cię w objęcia i podnoszę. Kiedy jesteśmy już w mieszkaniu, kieruję się do sypialni i kładę Cię na łóżku. Serce przyspiesza biegu, jestem jak opętany. Stoję nad Tobą, bacznie Ci się przyglądając.
- Chodź do mnie, Harry.
Przecząco kiwam głową. Nie, nie, nie.
- Chodź tutaj Harry i kochaj mnie. Kochaj się ze mną.

Jak w transie skradam się do łóżka i kładę obok Ciebie. Po omacku odnajduję Twoją dłoń i zamykam w swojej. Niebezpieczne ciepło ogarnia moje ciało. Obracasz się na bok i kładziesz głowę na moim ramieniu. Czuję Twój ciepły oddech w zagłębieniu mojej szyji.

- Nie wstydź się, kochaj mnie, Harry. Kochaj mnie. Przecież wiem, że to nie mnie chcesz. Chcesz jej, prawda? A ja jestem jej sobowtórem, jestem jej siostrą, rozumiesz? Libby była moją bliźniaczą siostrą.

Nie wiem, które uczucie jest silniejsze - chęć zdarcia z Ciebie koszuli i odkrycia wszystkich sekretów Twojego ciała, czy nagły napływ tęsknoty za Libby. Moją Libby. Jednak kiedy chwytasz krawędź mojej koszulki, by następnie przesunąć dłonią wzdłóż mojego brzucha, nie pozostawiasz mi wyboru. Energicznie obracam Cię na plecy i siadam na Tobie okrakiem. Podnoszę Ci ręce nad głowę, przytrzymując je swoimi i pochylając się nad Tobą, delikatnie muskam Twoje malinowe usta. Nawet smakujesz jak Ona. Kręci mi się w głowie.

... i boję się, że ten ogień mnie wypali.

Nagle coś, jak grom z jasnego nieba, uderza prosto we mnie. Nie mogę, nie chcę. Kocham Go zbyt bardzo, by móc...Odsuwam się od siebie energicznie, a Ty patrzysz na mnie speszona. Co się stało?

- Nie mogę, wybacz.
- Co się stało, Harry?
- On wrócił.

Sięgam po telefon i nagle czuję, że powinienem napisać coś więcej. Coś głębszego, niż głupie 'tęsknię'. Chociaż strach ogarnia całe moje ciało, wylewa się na wnętrzności i paraliżuje, mam wrażenie, że jeśli tego nie zrobię,  stracę swoją szansę.

Chociaż odszedłeś, jakaś część ciebie wciąż we mnie żyje.
Nawet kiedy Cię nie ma, moje serce wciąż podąża Twoim śladem.
Tkwisz we mnie. 
Jestem Twoim odbiciem, Ty jesteś moim.
Żadne z Nas nie może istnieć oddzielnie.

Podczas, gdy Ty się ubierasz, ja szczelniej okrywam się kołdrą i ukrywam twarz w dłoniach. Wciąż bez odpowiedzi. Czy On jeszcze kiedyś wróci? Skręca mnie w żołądku. Mówisz, że wychodzisz, ale obiecujesz, że niebawem będziesz spowrotem. Ty będziesz, ale...ale On? Łzy zbierają mi się do oczu, kiedy wychodzisz, lekko trzaskając drzwiami. Znowu czuję mdłości. Don't you be out all night long, spend your time on me.

Mija godzina. Dwie. Trzy.

Ktoś naciska na klamkę.
Dźwięk otwieranych drzwi.
Kroki.

Leżę w łóżku, na boku, plecami do drzwi. Nie mam sił, by się odwrócić. Nie mam sił na jakikolwiek ruch. Ktoś zakrada się pod kołdrę. Wróciłaś i  naprawdę masz ochotę na takie...rzeczy? Mruczę niezadowolony. I wtedy ktoś mnie obejmuje. Przyjemne ciepło rozlewa się po całym moim ciele. Znam owe uczucie. Znam ten dotyk. I znam ten zapach.

- Lou?
- Też za Tobą tęskniłem, Harry.

Rozgrzej mnie.
I oddychaj mną.

poniedziałek, 22 października 2012

4.





Z dedykacją dla Dominiki. ;*
jesteś niesamowita. <3

Nie chcę zapomnieć. Nie mogę zapomnieć. Smutek po prostu taki jest...

Chris nie był tylko ładną twarzą. Był przede wszystkim facetem, który jako pierwszy od czasu wydarzeń z moim ojczymem, nie wzbudzał we mnie niechęci. Odkąd zobaczyłem Go po raz pierwszy byłem zdumiony jakąś ciepłą aurą, która pojawiała się wszędzie tam, gdzie przebywał. Ludzie lgnęli do niego jak ćmy do światła. To samo działo się względem mnie. Na początku tylko mu się przyglądałem. Lubiłem sposób, w jaki poprawiał sobie włosy, czy w zabawny sposób przygryzał dolną wargę, kiedy z kimś rozmawiał i najwyraźniej słuchał czegoś niezwykle fascynującego. Wydawało mi się, że zupełnie nie zauważa mojej obecności - w końcu pojawiałem się wszędzie tam, gdzie on. Najwyraźniej grubo się myliłem.

- Często mnie obserwujesz - Powiedział z uśmiechem pewnego styczniowego poranka, kiedy to znudzony obecnością Louisa, który bezskutecznie próbował namówić mnie do rozmowy, udałem się do sali wspólnej i usiadłem przy jednym z wielu ustawionych tam stolików.
- Nieprawda - Odparłem zupełnie zaskoczony i oparłszy się na łokciach, schyliłem głowę, pragnąć za wszelką cenę uniknąć Jego wzroku.
- Ale to nic - Uśmiechnął się zawadiacko, mrużąc oczy. - Lubię być w centrum zainteresowania - Dodał i okręcając się na pięcie, odszedł w stronę grupki ludzi zebranych przy fortepianie.


Hello, Mr. I-don't-know-what-the-fuck-Your-name-is
I'm drawn to You
Something's magnetic here.


Po chwili rozbrzmiała piękna melodia, do której następnie dołączył wysoki, donośny śpiew. Śpiew Chrisa. Na zawsze zapamiętam ten moment, bo właśnie wtedy na jedną, krótką chwilę wróciła do mnie cała radość życia. Zainspirował mnie oddaniem, pasją, jaką wkładał w wykonanie tego utworu. Wiedziałem już, że od tego momentu częściej będę schodził do wspólnego pokoju, mając nadzieję, że jeszcze kiedyś uda mi się posłuchać Jego śpiewu.

- A co z Louisem? Doszliście do porozumienia? - Pytasz, a ja automatycznie wzdrygam się na wspomnienie tamtych miesięcy. Miesięcy, kiedy to z całego serca nienawidziłem Louisa Tomlinsona.
- Nie było mowy o porozumieniu, moja droga. Pragnąłem za wszelką cenę, wszelkimi możliwymi sposobami, regularnie i z premedytacją, zatruwać mu życie. I wkurzałem się, kiedy wszystko, co robiłem względem Jego osoby, pozostawało bezskuteczne. Im więcej wysiłku wkładałem w próbę wzbudzenia w nim choć odrobiny złości, tym wydawał się być dla mnie milszy - Przewróciłem oczami z dezaprobatą, na co, ku mojemu zdziwieniu, zaśmiałaś się perliście, a ja dodałem kolejną cechę do rzeczy, które w Tobie lubię : dźwięk Twojego śmiechu.

Głębiej osadzam się na kanapie, a Ty najzwyczajniej w świecie wtulasz się w moje ramię. Przechodzą mnie dreszcze. Od dawna nikt nie naruszał mojej przestrzeni. Ty to zrobiłaś i musiałem przyznać przed sobą samym, że... bardzo mi się to spodobało. Objąłem Cię lekko, rozluźniając mięśnie aż w końcu poczułem się całkiem komfortowo. Nie wiem, czy taki wpływ miała na mnie Twoja osoba, czy też spora ilość spożytego alkoholu, ale wtedy nie miało to najmniejszego znaczenia.

- Nie przepadam za Tobą, Louis. Prawdę mówiąc szczerze Cię nie znoszę - Powiedziałem pewnego wieczoru, tuż po tym, jak po całym dniu spędzonym w pokoju wspólny, wróciłem do siebie, gdzie, jak zawsze, zastałem Tomlinsona. Nie wydawał się moimi słowami zaskoczony, w końcu powtarzałem je codziennie jak mantrę.
- Słuchaj, Harry .. - Zaczął, jednak ja nie pozwoliłem Mu skończyć.
- ... Ale jest coś, o czym chciałbym z Tobą porozmawiać - Wybałuszył oczy i natychmiast usiadł na krawędzi mojego łóżka, w skupieniu wpatrując się w moją twarz. - Nie, to nie to o czym myślisz. Nie zamierzam spowiadać Ci się ze swoich problemów - Zagadkowo pokręcił głową, wzdychając głośno.
- Mogłem się tego domyśleć.
- Jest taki chłopak, ciągle spotykam Go w sali wspólnej. Pięknie śpiewa. I gra na fortepianie. Wiesz coś na Jego temat?
- Masz na myśli Chrisa? - Louis spoglądał na mnie z zaciekawieniem.
- Nie wiem, jak ma na imię, dlatego pytam Ciebie. Ty znasz wszystkich pacjentów. 
- To na pewno Chris. Tylko on daje koncerty w sali wspólnej. Dlaczego Cię zainteresował?
- Dużo się wokół niego dzieje. 
- Mhm, rozumiem ... - Odchrząknął Louis i wstając z łóżka, udał się w stronę drzwi wiodących do jego sypialni.
- Poczekaj! - Zawołałem za nim. - Mógłbyś mi coś o nim opowiedzieć?
Zamyślił się na chwilę, po czym odparł, że nie powinien rozmawiać ze mną na temat innych pacjentów.
- Proszę, tylko ten jeden raz. Jestem ciekaw - Chyba wyczuł błaganie w moim głosie, bo skierował się spowrotem w moją stronę i zasiadł w tym samym miejscu, co przedtem.
- Chris jest tutaj, ponieważ był bity i poniżany w szkole i poza nią. Ze względu na...swoją orientację seksualną. - Tommo, jak zwykłem na Niego mówić, głośno przełknął ślinę, a w Jego oczach można było dostrzec coś w rodzaju strachu. Czego się bał?
- Jest...gejem? - Twierdząco pokiwał głową. Wiedziałem. Widziałem to w nim. Ale czy ze względu na TO można kogoś nie tolerować tak bardzo, by zniszczyć Jego psychikę na tyle, by potrzebna była mu kuracja? Zacząłem współczuć temu chłopakowi, co sprawiło, że jeszcze bardziej chciałem się do Niego zbliżyć.
- Myślę, że powinniście się poznać. Pod pewnym względem jesteście do siebie bardzo podobni. 

Bądź moim codzien­nym po­wodem do życia.


- Louis miał rację, prawda? Zaprzyjaźniliście się, widzę to po sposobie, w jaki o Nim mówisz - Tak, masz rację. Ja i Chris szybko nawiązaliśmy kontakt. Myślę, że to On był osobą, która ściągnęła mnie z krawędzi, krzycząc 'nie skacz'.
- Zaprzyjaźniliśmy. Później pojawiła się między nami odrobina...miłości. Ale to długa historia, bo jeszcze wtedy Harry Styles z pewnością nie mógł być facetem, którego pociągają inni faceci. Cholera, ogromnie się wtedy myliłem.


...bo serce to nie radio
nie można nastawić go na odpowiednie fale



- Teraz czuję się jak prawdziwy artysta! Najprawdziwszy! - Skandował Chris tuż po tym, jak wspólnie przemalowaliśmy moje niebieskie ściany na śnieżną biel. Zmieniliśmy też wystrój pokoju - w tej kwestii całkowicie zdałem się na Chrisa. Był ekscentryczny i nietuzinkowy - wiedziałem, że jego projekt będzie nieprzeciętny. I nie myliłem się.
- Wygląda naprawdę cool. Dzięki - Uśmiechnąłem się do Niego szeroko. Czułem się prawdziwie szczęśliwy. Chris sprawiał, że chciałem żyć. Chciałem czerpać jak najwięcej z każdej, najmniejszej nawet drobnostki. On ratował moją duszę.
- Nie wiem, jak mi się odwdzięczysz, Hazz. Nie tylko odmieniłem Twój pokój, ale to ja namówiłem Louisa, żeby się na to zgodził. W końcu pacjenci nie powinni tego robić, prawda? 
- Masz rację, nie powinni. Ale Ty nigdy nie odpuszczasz, mam rację? To czyni Cię jeszcze bardziej wyjątkowym - Stanąłem tuż naprzeciw niego i tak po prostu zagarnąłem go w objęcia. Od czasu gdy się poznaliśmy często to robiłem. Lubiłem ciepło i zapach Jego skóry. Pachniał...radością. Na początku dziwił mnie fakt, ile miał w sobie rozradowania po tym wszystkim, co przeszedł, ale później zrozumiałem, że dopiero będąc tutaj, mógł być w pełni sobą. I był fantastyczny. W każdym calu.
- Ty też jesteś niesamowity, Harry -  Zadarł  głowę  i pocałował mnie delikatnie w kąciki ust. Natychmiast rozchyliłem wargi, na co odpowiedział głębokim, ognistym pocałunkiem. Dłońmi smyrał mnie po karku, przywołując tym samym drżenie na całym moim ciele. Objąłem go w pasie, przyciągając do siebie jak najbliżej.  Wyginałem się, stopniowo pochłaniany przez czar, sączący się z każdego dotknięcia naszych ust. Każda komórka zdawała się teraz pulsować. Przygryzał moje wargi, a ja pieściłem dłońmi jego brązowe, jedwabiście miękkie włosy. Czułem na sobie przyjemny ciężar jego ciała, kiedy przyparł mnie do ściany i jeszcze dosadniej wpił się w moje usta. Nieprzytomnie zwarliśmy się w cichym skowycie, a pocałunki budzące gorączkę, przedzierały się pomiędzy chłodną rzeczywistością, prowadząc mnie ku zgubie.
- Co tu się do cholery wyprawia? - Niespodziewanie do pokoju wpadł Louis i  zastał mnie i Chrisa w najgorętszym momencie. Natychmiast odsunęliśmy się od siebie jak poparzeni. Tommo stał w drzwiach, nie spuszczając z nas wzroku. Patrzał zupełnie tak, jakbyśmy właśnie popełnili najgorszą rzecz na świecie.
- Myślę, że powinieneś pójść do siebie, Chris - Zwrócił się w stronę mojego przyjaciela. Dlaczego, do cholery, mówił do Niego w taki sposób? Miałem wrażenie, że jest wściekły, chociaż sam sugerował, żebyśmy się zaprzyjaźnili. Mieliśmy ze sobą o wiele więcej wspólnego, niż przypuszczał.
- Co w Ciebie wstąpiło, Harry? 
- Po prostu się ... całowaliśmy. Co w tym złego? - Odpowiedziałem, kiwając głową z dezaprobatą. Byłem młody i rządny przygód. A Chris najzwyczajniej w świecie mnie...pociągał. Czyż nie do takiego właśnie stanu pragnął doprowadzić mnie Louis i reszta terapeutów?  Tommo próbował zachować spokój, ja jednak dostrzegłem w Jego wzroku coś...dziwnego. Coś na wzór zawodu. I może..odrobiny smutku.
- To po prostu niedorzeczne, Harry - Odparował i zniknął za drzwiami dzielącymi nasze pokoje.

Położyłem się na łóżku i długo zastanawiałem nad tym, co w niego wstąpiło. Dlaczego widok dwóch całująch się chłopaków wywołał w nim tak wiele emocji? Na początku pomyślałem, że po prostu brak mu tolerancji, jednak po dłuższym namyśle doszedłem do wniosku, że sam musiał doznać podobnych zdarzeń...i być może spotkały go z tego powodu jakieś nieprzyjemności. Przypomniałem sobie o naszej rozmowie na temat Chrisa i o sposobie, w jaki opowiadał mi o Jego orientacji seksualnej. Wiedziałem jedno : Louis Tomlinson miał tajemnicę, a ja byłem w stanie zrobić wszystko, by ją z niego wyciągnąć.

- I jak mniemam Ci się udało - Mówisz, a ja potwierdzająco kiwam głową.
- Ale o tym opowiem Ci kiedy wstanie świt. Oczywiście jeśli nie uciekniesz - Najwyraźniej nie masz takiego zamiaru, bo sięgasz po koc, znajdujący się na krawędzi kanapy i okrywając Nim naszą dwójkę, wtórnie wtulasz się w moje ramię i zamykasz oczy. Chyba nadeszła pora na sen. Zanim jednak udaje mi się zapaść w objęcia Morfeusza, moje myśli krążą wokół Chrisa. I Louisa. I wszystkich tych obłędnych wydarzeń tamtych dni, które sprawiały, że chciałbym cofnąć wskazówki zegara...



Gdy­bym mógł cofnąć czas, to wróciłbym do mo­men­tu gdy Cię spot­kałem i..
 zno­wu bym się w To­bie zakochał