i want to thank you for giving me the best days of my life.
Wtuliłem się w Niego mocno, szlochając coraz głośniej. Sam nie wiem, czy były to łzy rozgoryczenia, czy szczęścia, że znowu, po ponad trzech miesiącach rozłąki, mogłem ujrzeć Jego piękną twarz. A może jedno i drugie? Delikatnie, samymi tylko opuszkami długich palców, pogładził mnie po policzku, by następnie równie przelotnie zarysować linię ust, nosa i oczu. Uwielbiałem Jego motyli dotyk. Jęknąłem cicho, kiedy prawą dłonią chwycił krawędź białej koszulki polo i zanurzył ją pod cienki materiał, subtelnie drażniąc mój rozgrzany tors. Byłem rozpalony do nieprzytomności, chociaż wiedziałem, że to dopiero początek - Lou było stać na wiele, wiele więcej. Pospiesznie pochwyciłem Jego rękę, kiedy zaczął ją wycofywać i ułożywszy ją sobie w dolnej części brzucha, nieco uniosłem swoje ciało, sięgając Jego ust. Smakował dokładnie tak, jak zapamiętałem. Jego usta były miękkie i wilgotne - właśnie takie, jak lubiłem. Oddawał pocałunki z nie mniejszą zachłannością niż ja, a nawet - gdybym miał być zupełnie szczery - był tym zupełnie pochłonięty. Mruczał cicho między jednym, a drugim zatchnięciem ust, co nakręcało mnie jeszcze bardziej.
it's in Your lips,
and in your kiss.
it's in your touch,
and your fingertips.
and it's in all the things,
and other things
that make you who you are.
and in your eyes
irresistible.
*Wtedy, zaraz po Naszym nieco rozpaczliwie namiętnym akcie, kiedy zbudziłem się z głową Louisa na moim ramieniu, pierwszy raz od dłuższego czasu poczułem się naprawdę szczęśliwy. Lubiłem przyglądać Mu się, kiedy spał. Wyglądał wtedy naprawdę uroczo. Długa grzywka opadła Mu na twarz, natychmiast delikatnie ją odgarnąłem i ucałowałem go w czoło. Uśmiechnął się subtelnie i otworzył oczy.
- Cóż za miła pobudka, Hazz. - Powiedział prawie szeptem i złożył na moich ustach soczystego całusa. - Dzień dobry. A właściwie...dobry wieczór. - Dodał, racząc mnie szerokim uśmiechem. Uśmiechem, który kochałem nade wszystko. Ułożyłem się na plecach i praktycznie wciągnąłem Go na siebie, pragnąc za wszelką cenę poczuć słodki ciężar Jego ciała. Uwielbiałem mieć Go blisko, najbliżej. Kiedy Nasze oczy się spotkały odniosłem wrażenie, jak gdyby moje serce się topiło. Jego tęczówki - ich kolor, najpiękniejszy błękit jaki kiedykolwiek widziałem i długie, gęste rzęsy - wiedziałem, że to właśnie w te oczy pragnąłem patrzeć do końca życia.
- Dlaczego...dlaczego mnie zostawiłeś, Louis? - Zapytałem znienacka pół szeptem. Lou głośno przełknął ślinę i przymknął powieki.
- Myślę, że to nieodpowiednia pora na takie pytania, Harry. Pozwól, że najpierw pójdziemy coś zjeść, a później obiecuję odpowiedzieć Ci na każde pytanie. Dobrze? - Zgodziłem się, chociaż krew buzowała mi w żyłach - cholernie pragnąłem dowiedzieć się dlaczego mimo wielu obietnic wspólnej, radosnej przyszłości, zostawił mnie na pastwę losu zupełnie niespodziewanie, bez jakichkolwiek wyjaśnień i pożegnania.
- Idziemy? - Energicznie podniosłem się z łóżka i stanąwszy na środku sypialni, począłem klaskać w ręce - zupełnie nie mam pojęcia dlaczego. Natłok emocji? Lou zlustrował mnie dokładnie od góry do dołu i wybuchł głośnym, histerycznym śmiechem. Kiedy wreszcie przestał, a ja zupełnie zdezorientowany sterczałem w miejscu, spojrzał na mnie po raz kolejny i z nieschodzącym z ust diabelskim uśmiechem, zapytał - Zamierzasz się ubrać? - Dopiero wtedy zorientowałem się, że jestem zupełnie nagi. Cholera. Musiałem wyglądać komicznie, skacząc golusieńki po pokoju. Parsknąłem śmiechem i szybko zniknąłem za drzwiami łazienki.
W pojedynkę stanowimy tylko dwie materie. Razem jesteśmy ideą.
Tamtego wieczoru specjalnie ubrałem swoją jedyną odświętną koszulę. Wprawdzie długo się do tego przymierzałem. Trzymałem delikatny materiał w dłoniach i studiowałem Jego fakturę. Zakładałem ją i ściągałem. W końcu wyszedłem i zaprezentowałem się Louisowi. Najwyraźniej spodobało mu się to, co zobaczył, bo na Jego usta wkradł się szeroki uśmiech.
- Wyglądasz wspaniale Hazz, ale naprawdę, tyle zachodu dla kolacji na...dachu? - Dachu? Dlaczego wcześniej na to nie wpadłem? Tak, to zdecydowanie najodpowiedniejsze miejsce dla naszej dwójki.
- Wiesz, zamówiłem Chińszczyznę - Powiedział Louis, a ja zamyśliłem się na chwilę. Poszła, wyszła...miała wrócić, nie wróciła, a ja nawet... nie maiłem bladego pojęcia, jak jej na imię. Poczułem się nagle dziwnie i nieswojo. A może wróciła i zastała nas...Odgoniłem te myśli. Na pewno coś jej wypadło i niebawem wróci. Obiecała, a ja jej wierzyłem. Tak, jak zawsze wierzyłem Libby.
- Gotowy? - Zapytałem i chwyciłem Louisa za rękę, prowadząc Go na Nasz dach.
*
- To, że milczę nie znaczy, że nie mam nic do powiedzenia. - Kiwnąłem głową, zastanawiając się nad treścią pytań, które najpierw powinienem zadać Louisowi. Było ich tak wiele, że nie wiedziałem od czego zacząć. Czy wie, że złamał mi serce? Sprawił, że codziennie, na nowo, umierałem od środka?
- Po prostu powiedz mi dlaczego odszedłeś, Lou. Tylko tyle chcę wiedzieć, tylko to tak naprawdę się liczy.
Oplótł się ramionami, jak gdyby nagle ogarnęło go niezwykłe zimno i pochylił głowę. Nie chciał patrzeć w moją stronę? Czy prawda była tak... brutalna? Strach niemal zatrzymał moje serce. Nagle zaczął mówić. Powolnie, naciskając na każde słowo.
- Byłem Twoim terapeutą, Harry. TWOIM TERAPEUTĄ. Podczas Twojego pobytu w szpitalu robiłem z Tobą wiele rzeczy, które nigdy nie powinny mieć miejsca. Gdy zdałem sobie sprawę, co zrobiłem, stchórzyłem. Straciłeś żonę, bałem się, że jestem po prostu lekarstwem po jej utracie. Bałem się, że gdy tylko przejdziesz rekonwalescencję i poczujesz się lepiej, stanę się zupełnie nikim dla Ciebie. Bałem się, że wymienisz mnie na kogoś innego Harry, a ja nie tylko zostanę ze złamanym sercem, ale także bez przyszłości związanej z jakimkolwiek życiem zawodowym. Dlatego...
- Kocham Cię, Louis. W życiu nie...
- Teraz to wiem. Potrzebowałem czasu, by to zrozumieć. Wybacz, że to zajęło mi tak długo. - Przysunąłem się do Niego i objąłem ramieniem. Wiedział, że rozumiem i mu wybaczam. Nie mógłbym postąpić inaczej.
- Tylko obiecaj mi, że to się nigdy nie powtórzy, Louis. Proszę.
- Niestety, Harry, czeka nas jeszcze jedna próba. Ostatnia, obiecuję, ale proszę, nie mówmy o tym teraz...
Don't bring me Moons or Stars
The Sun or Mars – just hold me, baby
Don’t let me slip away, just let me stay.
I need you all the way.
*
Siedziałem na dachu okryty chłodnawym wietrzykiem przygaszonego poranka, wypalając papierosa za papierosem. Tym razem uczucie zawodu powróciło do mnie ze zdwojoną siłą. Nie myślałem, że kolejna próba nastąpi tak szybko, nie spodziewałem się tak nagłego zwrotu akcji. Byłem przekonany, że kiedy się obudzę, spędzę kolejny, cudowny dzień u boku Louisa. Zamiast tego czekała na mnie nieprzyjemna niespodzianka w postaci pustego miejsca w łóżku tuż obok mnie i listu, pozostawionego na nocnej szafce. Emocje szarpały mną na wszystkie strony, kiedy sięgnąłem po śnieżno - białą kopertę. Co chcesz mi przekazać Louis? Nie miałem w sobie na tyle odwagi, by ją rozerwać i zagłębić się w treść. Zamiast tego powróciłem w jedyne miejsce, które przynosiło chwilowe ukojenie.
Prawda jest taka, że bał się, bo po raz pierwszy tak mocno czegoś pragnął, jednocześnie wiedząc, że tak trudno będzie mu to dostać.
*
- Nie bądź niemądra, Libby. Naprawdę uważasz, że to facet dla Ciebie? - Drew teatralnie odgarnęła długie, ciemne włosy i prychnęła z dezaprobatą, rzucając pełne niezrozumienia spojrzenia w stronę siostry.
- Dlaczego miałby nie być DLA MNIE? - Lib miała dość docinek, którymi Drew raczyła ją każdego pojedynczego dnia. Co w Harrym tak bardzo jej nie odpowiadała, że nie potrafiła zaakceptować faktu, że kochała go całym sercem?
- Spójrz tylko na Niego, to życiowy nieudacznik. Nikt go nie chce, nawet własna matka, a Ty przygarnęłaś go, jak jakiegoś pieprzonego przybłędę. - Krew zagotowała się w żyłach Libby. Wiedziała, że siostrę stać na wiele, ale skąd u niej tyle nienawiści względem osoby, której nie miała okazji nawet poznać? Nie miała ochoty do dalszej dyskusji, wstała więc z wiklinowego fotela i odeszła z werandy, głośno tupiąc nogami. Na jej miejscu rozsiadł się ciemnowłosy chłopak, głośno klaskając w ręce.
- Widzę, że nieźle sobie poradziłaś, Drew. Dalej nie jesteś w stanie zaakceptować wyboru siostry? A może najzwyczajniej w świecie jesteś zazdrosna, co? - Dziewczyna zgromiła go wzrokiem i głośno parsknęła. - To nie Twój pieprzony interes, Louis. Zajmij się lepiej nauką, bo jeśli nie skończysz szkoły, ojciec napewno surowo Cię ukarze. Pomyśl tylko, co stanie się w momencie, w którym oświadczysz ojcu, że wszystkie pieniądze, które włożył w Twoje wykształcenie, szkoły w Ameryce, poszły w błoto? Myślisz, że byłby bardzo, ale to bardzo wkurzony? Och, nie patrz na mnie takim wzrokiem, braciszku.
- Jesteś najbardziej niecną kreaturą, jaką znam. - Odparł ze wściekłością, spoglądając na Drew, na której malinowych ustach malował się szeroki uśmiech. - Nie możesz znieść czyjegoś szczęścia, bo wiesz, że sama nigdy Go nie zaznasz, prawda? Nikt, NIGDY, nie pokocha kogoś Twojego pokroju. Odnośnie Naszego tatusia, nie wydaje Ci się dziwnym fakt, że tylko w Twoje wykształcenie nie włożył ani pensa? Nic w tym nadzwyczajnego, jest na tyle inteligentny, by domyśleć się, że skończysz jako śmieć, któremu na nic się ono nie zda. Ciekawe dlaczego to NIE CIEBIE zatrzymał przy sobie, co? Och, nie patrz na mnie takim wzrokiem, Siostrzyczko. - Wiedział, że wygrał, odszedł więc pełen satysfakcji.
Drew wygodniej usadowiła się w fotelu i zaczęła opracowywać plan zniszczenia wszystkiego, co kojarzyło się jej ze szczęściem. Jeśli ona nie była szczęśliwa, jak mogła pozwolić na szczęście innych?
Jeszcze wtedy Harry Styles nie miał bladego pojęcia, o tym, co tak naprawdę działo się tam, gdzie nie sięgał wzrokiem...

