czwartek, 15 listopada 2012

6.





i want to thank you for giving me the best days of my life.

Wtuliłem się w Niego mocno, szlochając coraz głośniej. Sam nie wiem, czy były to łzy rozgoryczenia, czy szczęścia, że znowu, po ponad trzech miesiącach rozłąki, mogłem ujrzeć Jego piękną twarz. A może jedno i drugie? Delikatnie, samymi tylko opuszkami długich palców, pogładził mnie po policzku, by następnie równie przelotnie zarysować linię ust, nosa i oczu. Uwielbiałem Jego motyli dotyk. Jęknąłem cicho, kiedy prawą dłonią chwycił krawędź białej koszulki polo i zanurzył ją pod cienki materiał, subtelnie drażniąc mój rozgrzany tors. Byłem rozpalony do nieprzytomności, chociaż wiedziałem, że to dopiero początek - Lou było stać na wiele, wiele więcej. Pospiesznie pochwyciłem Jego rękę, kiedy zaczął ją wycofywać i ułożywszy ją sobie w dolnej części brzucha, nieco uniosłem swoje ciało, sięgając Jego ust. Smakował dokładnie tak, jak zapamiętałem. Jego usta były miękkie i wilgotne - właśnie takie, jak lubiłem. Oddawał pocałunki z nie mniejszą zachłannością niż ja, a nawet - gdybym miał być zupełnie szczery - był tym zupełnie pochłonięty. Mruczał cicho między jednym, a drugim zatchnięciem ust, co nakręcało mnie jeszcze bardziej.

it's in Your lips,
and in your kiss.
it's in your touch, 
and your fingertips.
and it's in all the things,
and other things
that make you who you are.
and in your eyes
irresistible.
*

Wtedy, zaraz po Naszym nieco rozpaczliwie namiętnym akcie, kiedy zbudziłem się z głową Louisa na moim ramieniu, pierwszy raz od dłuższego czasu poczułem się naprawdę szczęśliwy. Lubiłem przyglądać Mu się, kiedy spał. Wyglądał wtedy naprawdę uroczo. Długa grzywka opadła Mu na twarz, natychmiast delikatnie ją odgarnąłem i ucałowałem go w czoło. Uśmiechnął się subtelnie i otworzył oczy.
- Cóż za miła pobudka, Hazz. - Powiedział prawie szeptem i złożył na moich ustach soczystego całusa. - Dzień dobry. A właściwie...dobry wieczór. - Dodał, racząc mnie szerokim uśmiechem. Uśmiechem, który kochałem nade wszystko. Ułożyłem się na plecach i praktycznie wciągnąłem Go na siebie, pragnąc za wszelką cenę poczuć słodki ciężar Jego ciała. Uwielbiałem mieć Go blisko, najbliżej. Kiedy Nasze oczy się spotkały odniosłem wrażenie, jak gdyby moje serce się topiło. Jego tęczówki - ich kolor, najpiękniejszy błękit jaki kiedykolwiek widziałem i długie, gęste rzęsy - wiedziałem, że to właśnie w te oczy pragnąłem patrzeć do końca życia.
- Dlaczego...dlaczego mnie zostawiłeś, Louis? - Zapytałem znienacka pół szeptem. Lou głośno przełknął ślinę i przymknął powieki.
- Myślę, że to nieodpowiednia pora na takie pytania, Harry. Pozwól, że najpierw pójdziemy coś zjeść, a później obiecuję odpowiedzieć Ci na każde pytanie. Dobrze? - Zgodziłem się, chociaż krew buzowała mi w żyłach - cholernie pragnąłem dowiedzieć się dlaczego mimo wielu obietnic wspólnej, radosnej przyszłości, zostawił mnie na pastwę losu zupełnie niespodziewanie, bez jakichkolwiek wyjaśnień i pożegnania.
- Idziemy? - Energicznie podniosłem się z łóżka i stanąwszy na środku sypialni, począłem klaskać w ręce - zupełnie nie mam pojęcia dlaczego. Natłok emocji? Lou zlustrował mnie dokładnie od góry do dołu i wybuchł głośnym, histerycznym śmiechem. Kiedy wreszcie przestał, a ja zupełnie zdezorientowany sterczałem w miejscu, spojrzał na mnie po raz kolejny i z nieschodzącym z ust diabelskim uśmiechem, zapytał - Zamierzasz się ubrać? - Dopiero wtedy zorientowałem się, że jestem zupełnie nagi. Cholera. Musiałem wyglądać komicznie, skacząc golusieńki po pokoju. Parsknąłem śmiechem i szybko zniknąłem za drzwiami łazienki.


W po­jedynkę sta­nowi­my tyl­ko dwie ma­terie. Ra­zem jes­teśmy ideą. 

Tamtego wieczoru specjalnie ubrałem swoją jedyną odświętną koszulę. Wprawdzie długo się do tego przymierzałem. Trzymałem delikatny materiał w dłoniach i studiowałem Jego fakturę. Zakładałem ją i ściągałem. W końcu wyszedłem i zaprezentowałem się Louisowi. Najwyraźniej spodobało mu się to, co zobaczył, bo na Jego usta wkradł się szeroki uśmiech.
- Wyglądasz wspaniale Hazz, ale naprawdę, tyle zachodu dla kolacji na...dachu? - Dachu? Dlaczego wcześniej na to nie wpadłem? Tak, to zdecydowanie najodpowiedniejsze miejsce dla naszej dwójki.
- Wiesz, zamówiłem Chińszczyznę - Powiedział Louis, a ja zamyśliłem się na chwilę. Poszła, wyszła...miała wrócić, nie wróciła, a ja nawet... nie maiłem bladego pojęcia, jak jej na imię. Poczułem się nagle dziwnie i nieswojo. A może wróciła i zastała nas...Odgoniłem te myśli. Na pewno coś jej wypadło i niebawem wróci. Obiecała, a ja jej wierzyłem. Tak, jak zawsze wierzyłem Libby.
- Gotowy? - Zapytałem i chwyciłem Louisa za rękę, prowadząc Go na Nasz dach.

*

- To, że milczę nie znaczy, że nie mam nic do powiedzenia. - Kiwnąłem głową, zastanawiając się nad treścią pytań, które najpierw powinienem zadać Louisowi. Było ich tak wiele, że nie wiedziałem od czego zacząć. Czy wie, że złamał mi serce? Sprawił, że codziennie, na nowo, umierałem od środka?
- Po prostu powiedz mi dlaczego odszedłeś, Lou. Tylko tyle chcę wiedzieć, tylko to tak naprawdę się liczy. 
Oplótł się ramionami, jak gdyby nagle ogarnęło go niezwykłe zimno i pochylił głowę. Nie chciał patrzeć w moją stronę? Czy prawda była tak... brutalna? Strach niemal zatrzymał moje serce. Nagle zaczął mówić. Powolnie, naciskając na każde słowo.
- Byłem Twoim terapeutą, Harry. TWOIM TERAPEUTĄ. Podczas Twojego pobytu w szpitalu robiłem z Tobą wiele rzeczy, które nigdy nie powinny mieć miejsca. Gdy zdałem sobie sprawę, co zrobiłem, stchórzyłem. Straciłeś żonę, bałem się, że jestem po prostu lekarstwem po jej utracie. Bałem się, że gdy tylko przejdziesz rekonwalescencję i poczujesz się lepiej, stanę się zupełnie nikim dla Ciebie. Bałem się, że wymienisz mnie na kogoś innego Harry, a ja nie tylko zostanę ze złamanym sercem, ale także bez przyszłości związanej z jakimkolwiek życiem zawodowym. Dlatego...
- Kocham Cię, Louis. W życiu nie...
- Teraz to wiem. Potrzebowałem czasu, by to zrozumieć. Wybacz, że to zajęło mi tak długo. - Przysunąłem się do Niego i objąłem ramieniem. Wiedział, że rozumiem i mu wybaczam. Nie mógłbym postąpić inaczej.
- Tylko obiecaj mi, że to się nigdy nie powtórzy, Louis. Proszę.
- Niestety, Harry, czeka nas jeszcze jedna próba. Ostatnia, obiecuję, ale proszę, nie mówmy o tym teraz...


Don't bring me Moons or Stars
The Sun or Mars – just hold me, baby
Don’t let me slip away, just let me stay.
I need you all the way.




*

Siedziałem na dachu okryty chłodnawym wietrzykiem przygaszonego poranka, wypalając papierosa za papierosem. Tym razem uczucie zawodu powróciło do mnie ze zdwojoną siłą. Nie myślałem, że kolejna próba nastąpi tak szybko, nie spodziewałem się tak nagłego zwrotu akcji. Byłem przekonany, że kiedy się obudzę, spędzę kolejny, cudowny dzień u boku Louisa. Zamiast tego czekała na mnie nieprzyjemna niespodzianka w postaci pustego miejsca w łóżku tuż obok mnie i listu, pozostawionego na nocnej szafce. Emocje szarpały mną na wszystkie strony, kiedy sięgnąłem po śnieżno - białą kopertę. Co chcesz mi przekazać Louis? Nie miałem w sobie na tyle odwagi, by ją rozerwać i zagłębić się w treść. Zamiast tego powróciłem w jedyne miejsce, które przynosiło chwilowe ukojenie.

Prawda jest taka, że bał się, bo po raz pierwszy tak mocno czegoś pragnął, jednocześnie wiedząc, że tak trudno będzie mu to dostać.

*

- Nie bądź niemądra, Libby. Naprawdę uważasz, że to facet dla Ciebie? - Drew teatralnie odgarnęła długie, ciemne włosy i prychnęła z dezaprobatą, rzucając pełne niezrozumienia spojrzenia w stronę siostry.
- Dlaczego miałby nie być DLA MNIE? - Lib miała dość docinek, którymi Drew raczyła ją każdego pojedynczego dnia. Co w Harrym tak bardzo jej nie odpowiadała, że nie potrafiła zaakceptować faktu, że kochała go całym sercem?
- Spójrz tylko na Niego, to życiowy nieudacznik. Nikt go nie chce, nawet własna matka, a Ty przygarnęłaś go, jak jakiegoś pieprzonego przybłędę. - Krew zagotowała się w żyłach Libby. Wiedziała, że siostrę stać na wiele, ale skąd u niej tyle nienawiści względem osoby, której nie miała okazji nawet poznać? Nie miała ochoty do dalszej dyskusji, wstała więc z wiklinowego fotela i odeszła z werandy, głośno tupiąc nogami. Na jej miejscu rozsiadł się ciemnowłosy chłopak, głośno klaskając w ręce. 
- Widzę, że nieźle sobie poradziłaś, Drew. Dalej nie jesteś w stanie zaakceptować wyboru siostry? A może najzwyczajniej w świecie jesteś zazdrosna, co? - Dziewczyna zgromiła go wzrokiem i głośno parsknęła. - To nie Twój pieprzony interes, Louis. Zajmij się lepiej nauką, bo jeśli nie skończysz szkoły, ojciec napewno surowo Cię ukarze. Pomyśl tylko, co stanie się w momencie, w którym oświadczysz ojcu, że wszystkie pieniądze, które włożył w Twoje wykształcenie, szkoły w Ameryce, poszły w błoto? Myślisz, że byłby bardzo, ale to bardzo wkurzony? Och, nie patrz na mnie takim wzrokiem, braciszku.
- Jesteś najbardziej niecną kreaturą, jaką znam. - Odparł ze wściekłością, spoglądając na Drew, na której malinowych ustach malował się szeroki uśmiech. - Nie możesz znieść czyjegoś szczęścia, bo wiesz, że sama nigdy Go nie zaznasz, prawda? Nikt, NIGDY, nie pokocha kogoś Twojego pokroju. Odnośnie Naszego tatusia, nie wydaje Ci się dziwnym fakt, że tylko w Twoje wykształcenie nie włożył ani pensa? Nic w tym nadzwyczajnego, jest na tyle inteligentny, by domyśleć się, że skończysz jako śmieć, któremu na nic się ono nie zda. Ciekawe dlaczego to NIE CIEBIE zatrzymał przy sobie, co? Och, nie patrz na mnie takim wzrokiem, Siostrzyczko. - Wiedział, że wygrał, odszedł więc pełen satysfakcji.
Drew wygodniej usadowiła się w fotelu i zaczęła opracowywać plan zniszczenia wszystkiego, co kojarzyło się jej ze szczęściem. Jeśli ona nie była szczęśliwa, jak mogła pozwolić na szczęście innych?




Jeszcze wtedy Harry Styles nie miał bladego pojęcia, o tym, co tak naprawdę działo się tam, gdzie nie sięgał wzrokiem...



sobota, 10 listopada 2012

5.









You're still in my memory.
Moments.

Nadchodził wieczór. Przez nieruchome gałęzie przebijała się czerwień zachodzącego słońca.
Harry przetarł zmęczone oczy, ziewając leniwie. Podniósł rękę i spojrzał na zegarek, który cały czas spoczywał na Jego nadgarstku. Dochodziła 20:00. Jak to możliwe, że przespaliśmy cały dzień? Ukradkiem uśmiechnął się do swoich wspomnień i widoku Louisa, który minionej nocy wił się z rozkoszy, podczas gdy jego dłonie zachłannie błądziły po ciele chłopaka. Louisa, u boku którego Harry spędził całą noc i najwyraźniej cały następujący po niej dzień. Obróciwszy się na bok, ku swojemu zdziwieniu, zorientował się, że jest sam. Nie zobaczył - tak, jak się spodziewał - Lou, słodko wtulonego w miękką poduszkę. Rozejrzał się po pokoju - przy otwartym oknie stał wysoki mężczyzna. Ciemne włosy mierzwione przez wiatr i kurczowo zaciśnięte kciuki. Zawołał Jego imię. Louis obrócił się, a Harry przygryzł dolną wargę, skupiając się na Jego nienagannym wyglądzie.
- Zamknij okno, bo się przeziębisz, Boo Bear - Ciemnowłosy nieznacznie pokiwał głową i zrobił to, o co został poproszony, po czym przestąpił kilka kroków, by następnie zająć miejsce w łóżku tuż obok Harrego. Wyciągnął rękę i odsuwając szufladę w komodzie, wygrzebał z niej pogniecioną paczkę papierosów, paczkę zapałek i popielniczkę. Z rzędu białych rurek sięgnął jedną i ulokował ją między wargami. Podpalił i mocno zaciągnął się szarym dymem.
- Wiesz, że nienawidzę, kiedy palisz - Powiedział Harry, wygodniej układając głowę na Jego ramieniu. Lou objął go ramieniem na tyle mocno, że Harry niemal miał wrażenie, że Ich ciała stały się jednością. Niektóre perfumy były jak sensowna treść, którą nosiło się na ciele. Jego były zjawiskowe.*

... po prostu był. 
I podobało się to moim ustom, mojej szyji i całemu ciału.


in the cold light of morning.



Nigdy nie wysyłałem do Niego sms-a nad ranem. Nie robiłem tego, bo wspomnienie o naszych wieczornych eskapadach na dach, zwyczajnie przyciągało mnie w tamto miejsce i to właśnie stamtąd - nie mam pojęcia jakie to tak naprawdę ma znaczenie - słałem wiadomość tej samej treści. Ale teraz, kiedy obudziłem się o świcie, pomyślałem o Tobie. Gdzie jesteś?

Tęsknię.
Minuta. Dwie. Trzy...Nic.

- Kochasz mnie, Harry?
Tak, kocham całym sobą.
- Przestań, Lou. Jesteśmy przecież tylko przyjaciółmi.
Strach przed uczuciami, tępione emocje - cały Harry Styles, cały ja i moje pieprzone ego.

A chciałbym Ci wystarczać. 
Idealnie pasować do wystających łopatek, dłoni, domu i marzeń. 


Obracam głowę, a Ty śpisz tuż obok mnie. Zabawnie marszczysz czoło, jakbyś właśnie w swojej słodkiej otchłani snu, głęboko się nad czymś zastanawiała. Uśmiecham się półgębkiem, nagle zdając sobie sprawę, że mam ochotę Cię pocałować. Delikatnie, ukradkiem, musnąć Twoje usta. Chwilę się nad tym zastanawiam, jednak z obawy, że mógłbym Cię obudzić i odstraszyć tym nagłym impulsem emocji, cichusieńko wymykam się spod koca i wstaję z sofy. Sięgam po papierosa i udaję się na dach, pozwalając Ci spać spokojnie. Znowu jestem na samej krawędzi. Jednak o poranku wszystko wygląda inaczej, nie jest tak intensywne, jak w nocy. Uczucia nie są takie...głębokie. Zaciągając się szarym dymem, rozmyślam nad tym wszystkim, co zaszło w moim życiu. Gdzie popełniłem błąd, co takiego zadecydowało o tym, że zostałem sam? Wtedy po raz pierwszy zdaję sobie sprawę, że tak naprawdę nie mam nikogo. A myśl o Tobie po raz kolejny wpada mi do głowy.

A Ty kim, kim dla mnie mogłabyś być?
Może czymś w dotyku miękkim tak jak puch?

Siadam i oparłwszy się o szary murek, zamykam oczy. Zapadam w pół - sen, z papierosem tlącym się w dłoni. Budzą mnie Twoje kroki tuż za moimi plecami. Odwracam twarz i obejmuję Cię spojrzeniem. Masz na sobie Jego koszulę. Tę białą w błękitne prążki. I wyglądasz w niej obłędnie. Długie, kasztanowe włosy tańczą na wietrze, a cienki materiał koszuli nie okrywa długich, zgrabnych nóg, od których nie sposób oderwać wzroku. Jesteś piękna. Tak piękna, jak ... cholera. Nagle rozumiem dlaczego właśnie Ciebie wybrałem w barze. Dlaczego to Tobie postanowiłem opowiedzieć swoją historię. Wyglądasz jak Ona. Powoli się podnoszę i nie spuszczając z Ciebie wzroku, zmierzam w Twoją stronę. Wyciągasz ręce w moim kierunku, a ja bez zastanowienia chwytam Cię w objęcia i podnoszę. Kiedy jesteśmy już w mieszkaniu, kieruję się do sypialni i kładę Cię na łóżku. Serce przyspiesza biegu, jestem jak opętany. Stoję nad Tobą, bacznie Ci się przyglądając.
- Chodź do mnie, Harry.
Przecząco kiwam głową. Nie, nie, nie.
- Chodź tutaj Harry i kochaj mnie. Kochaj się ze mną.

Jak w transie skradam się do łóżka i kładę obok Ciebie. Po omacku odnajduję Twoją dłoń i zamykam w swojej. Niebezpieczne ciepło ogarnia moje ciało. Obracasz się na bok i kładziesz głowę na moim ramieniu. Czuję Twój ciepły oddech w zagłębieniu mojej szyji.

- Nie wstydź się, kochaj mnie, Harry. Kochaj mnie. Przecież wiem, że to nie mnie chcesz. Chcesz jej, prawda? A ja jestem jej sobowtórem, jestem jej siostrą, rozumiesz? Libby była moją bliźniaczą siostrą.

Nie wiem, które uczucie jest silniejsze - chęć zdarcia z Ciebie koszuli i odkrycia wszystkich sekretów Twojego ciała, czy nagły napływ tęsknoty za Libby. Moją Libby. Jednak kiedy chwytasz krawędź mojej koszulki, by następnie przesunąć dłonią wzdłóż mojego brzucha, nie pozostawiasz mi wyboru. Energicznie obracam Cię na plecy i siadam na Tobie okrakiem. Podnoszę Ci ręce nad głowę, przytrzymując je swoimi i pochylając się nad Tobą, delikatnie muskam Twoje malinowe usta. Nawet smakujesz jak Ona. Kręci mi się w głowie.

... i boję się, że ten ogień mnie wypali.

Nagle coś, jak grom z jasnego nieba, uderza prosto we mnie. Nie mogę, nie chcę. Kocham Go zbyt bardzo, by móc...Odsuwam się od siebie energicznie, a Ty patrzysz na mnie speszona. Co się stało?

- Nie mogę, wybacz.
- Co się stało, Harry?
- On wrócił.

Sięgam po telefon i nagle czuję, że powinienem napisać coś więcej. Coś głębszego, niż głupie 'tęsknię'. Chociaż strach ogarnia całe moje ciało, wylewa się na wnętrzności i paraliżuje, mam wrażenie, że jeśli tego nie zrobię,  stracę swoją szansę.

Chociaż odszedłeś, jakaś część ciebie wciąż we mnie żyje.
Nawet kiedy Cię nie ma, moje serce wciąż podąża Twoim śladem.
Tkwisz we mnie. 
Jestem Twoim odbiciem, Ty jesteś moim.
Żadne z Nas nie może istnieć oddzielnie.

Podczas, gdy Ty się ubierasz, ja szczelniej okrywam się kołdrą i ukrywam twarz w dłoniach. Wciąż bez odpowiedzi. Czy On jeszcze kiedyś wróci? Skręca mnie w żołądku. Mówisz, że wychodzisz, ale obiecujesz, że niebawem będziesz spowrotem. Ty będziesz, ale...ale On? Łzy zbierają mi się do oczu, kiedy wychodzisz, lekko trzaskając drzwiami. Znowu czuję mdłości. Don't you be out all night long, spend your time on me.

Mija godzina. Dwie. Trzy.

Ktoś naciska na klamkę.
Dźwięk otwieranych drzwi.
Kroki.

Leżę w łóżku, na boku, plecami do drzwi. Nie mam sił, by się odwrócić. Nie mam sił na jakikolwiek ruch. Ktoś zakrada się pod kołdrę. Wróciłaś i  naprawdę masz ochotę na takie...rzeczy? Mruczę niezadowolony. I wtedy ktoś mnie obejmuje. Przyjemne ciepło rozlewa się po całym moim ciele. Znam owe uczucie. Znam ten dotyk. I znam ten zapach.

- Lou?
- Też za Tobą tęskniłem, Harry.

Rozgrzej mnie.
I oddychaj mną.

poniedziałek, 22 października 2012

4.





Z dedykacją dla Dominiki. ;*
jesteś niesamowita. <3

Nie chcę zapomnieć. Nie mogę zapomnieć. Smutek po prostu taki jest...

Chris nie był tylko ładną twarzą. Był przede wszystkim facetem, który jako pierwszy od czasu wydarzeń z moim ojczymem, nie wzbudzał we mnie niechęci. Odkąd zobaczyłem Go po raz pierwszy byłem zdumiony jakąś ciepłą aurą, która pojawiała się wszędzie tam, gdzie przebywał. Ludzie lgnęli do niego jak ćmy do światła. To samo działo się względem mnie. Na początku tylko mu się przyglądałem. Lubiłem sposób, w jaki poprawiał sobie włosy, czy w zabawny sposób przygryzał dolną wargę, kiedy z kimś rozmawiał i najwyraźniej słuchał czegoś niezwykle fascynującego. Wydawało mi się, że zupełnie nie zauważa mojej obecności - w końcu pojawiałem się wszędzie tam, gdzie on. Najwyraźniej grubo się myliłem.

- Często mnie obserwujesz - Powiedział z uśmiechem pewnego styczniowego poranka, kiedy to znudzony obecnością Louisa, który bezskutecznie próbował namówić mnie do rozmowy, udałem się do sali wspólnej i usiadłem przy jednym z wielu ustawionych tam stolików.
- Nieprawda - Odparłem zupełnie zaskoczony i oparłszy się na łokciach, schyliłem głowę, pragnąć za wszelką cenę uniknąć Jego wzroku.
- Ale to nic - Uśmiechnął się zawadiacko, mrużąc oczy. - Lubię być w centrum zainteresowania - Dodał i okręcając się na pięcie, odszedł w stronę grupki ludzi zebranych przy fortepianie.


Hello, Mr. I-don't-know-what-the-fuck-Your-name-is
I'm drawn to You
Something's magnetic here.


Po chwili rozbrzmiała piękna melodia, do której następnie dołączył wysoki, donośny śpiew. Śpiew Chrisa. Na zawsze zapamiętam ten moment, bo właśnie wtedy na jedną, krótką chwilę wróciła do mnie cała radość życia. Zainspirował mnie oddaniem, pasją, jaką wkładał w wykonanie tego utworu. Wiedziałem już, że od tego momentu częściej będę schodził do wspólnego pokoju, mając nadzieję, że jeszcze kiedyś uda mi się posłuchać Jego śpiewu.

- A co z Louisem? Doszliście do porozumienia? - Pytasz, a ja automatycznie wzdrygam się na wspomnienie tamtych miesięcy. Miesięcy, kiedy to z całego serca nienawidziłem Louisa Tomlinsona.
- Nie było mowy o porozumieniu, moja droga. Pragnąłem za wszelką cenę, wszelkimi możliwymi sposobami, regularnie i z premedytacją, zatruwać mu życie. I wkurzałem się, kiedy wszystko, co robiłem względem Jego osoby, pozostawało bezskuteczne. Im więcej wysiłku wkładałem w próbę wzbudzenia w nim choć odrobiny złości, tym wydawał się być dla mnie milszy - Przewróciłem oczami z dezaprobatą, na co, ku mojemu zdziwieniu, zaśmiałaś się perliście, a ja dodałem kolejną cechę do rzeczy, które w Tobie lubię : dźwięk Twojego śmiechu.

Głębiej osadzam się na kanapie, a Ty najzwyczajniej w świecie wtulasz się w moje ramię. Przechodzą mnie dreszcze. Od dawna nikt nie naruszał mojej przestrzeni. Ty to zrobiłaś i musiałem przyznać przed sobą samym, że... bardzo mi się to spodobało. Objąłem Cię lekko, rozluźniając mięśnie aż w końcu poczułem się całkiem komfortowo. Nie wiem, czy taki wpływ miała na mnie Twoja osoba, czy też spora ilość spożytego alkoholu, ale wtedy nie miało to najmniejszego znaczenia.

- Nie przepadam za Tobą, Louis. Prawdę mówiąc szczerze Cię nie znoszę - Powiedziałem pewnego wieczoru, tuż po tym, jak po całym dniu spędzonym w pokoju wspólny, wróciłem do siebie, gdzie, jak zawsze, zastałem Tomlinsona. Nie wydawał się moimi słowami zaskoczony, w końcu powtarzałem je codziennie jak mantrę.
- Słuchaj, Harry .. - Zaczął, jednak ja nie pozwoliłem Mu skończyć.
- ... Ale jest coś, o czym chciałbym z Tobą porozmawiać - Wybałuszył oczy i natychmiast usiadł na krawędzi mojego łóżka, w skupieniu wpatrując się w moją twarz. - Nie, to nie to o czym myślisz. Nie zamierzam spowiadać Ci się ze swoich problemów - Zagadkowo pokręcił głową, wzdychając głośno.
- Mogłem się tego domyśleć.
- Jest taki chłopak, ciągle spotykam Go w sali wspólnej. Pięknie śpiewa. I gra na fortepianie. Wiesz coś na Jego temat?
- Masz na myśli Chrisa? - Louis spoglądał na mnie z zaciekawieniem.
- Nie wiem, jak ma na imię, dlatego pytam Ciebie. Ty znasz wszystkich pacjentów. 
- To na pewno Chris. Tylko on daje koncerty w sali wspólnej. Dlaczego Cię zainteresował?
- Dużo się wokół niego dzieje. 
- Mhm, rozumiem ... - Odchrząknął Louis i wstając z łóżka, udał się w stronę drzwi wiodących do jego sypialni.
- Poczekaj! - Zawołałem za nim. - Mógłbyś mi coś o nim opowiedzieć?
Zamyślił się na chwilę, po czym odparł, że nie powinien rozmawiać ze mną na temat innych pacjentów.
- Proszę, tylko ten jeden raz. Jestem ciekaw - Chyba wyczuł błaganie w moim głosie, bo skierował się spowrotem w moją stronę i zasiadł w tym samym miejscu, co przedtem.
- Chris jest tutaj, ponieważ był bity i poniżany w szkole i poza nią. Ze względu na...swoją orientację seksualną. - Tommo, jak zwykłem na Niego mówić, głośno przełknął ślinę, a w Jego oczach można było dostrzec coś w rodzaju strachu. Czego się bał?
- Jest...gejem? - Twierdząco pokiwał głową. Wiedziałem. Widziałem to w nim. Ale czy ze względu na TO można kogoś nie tolerować tak bardzo, by zniszczyć Jego psychikę na tyle, by potrzebna była mu kuracja? Zacząłem współczuć temu chłopakowi, co sprawiło, że jeszcze bardziej chciałem się do Niego zbliżyć.
- Myślę, że powinniście się poznać. Pod pewnym względem jesteście do siebie bardzo podobni. 

Bądź moim codzien­nym po­wodem do życia.


- Louis miał rację, prawda? Zaprzyjaźniliście się, widzę to po sposobie, w jaki o Nim mówisz - Tak, masz rację. Ja i Chris szybko nawiązaliśmy kontakt. Myślę, że to On był osobą, która ściągnęła mnie z krawędzi, krzycząc 'nie skacz'.
- Zaprzyjaźniliśmy. Później pojawiła się między nami odrobina...miłości. Ale to długa historia, bo jeszcze wtedy Harry Styles z pewnością nie mógł być facetem, którego pociągają inni faceci. Cholera, ogromnie się wtedy myliłem.


...bo serce to nie radio
nie można nastawić go na odpowiednie fale



- Teraz czuję się jak prawdziwy artysta! Najprawdziwszy! - Skandował Chris tuż po tym, jak wspólnie przemalowaliśmy moje niebieskie ściany na śnieżną biel. Zmieniliśmy też wystrój pokoju - w tej kwestii całkowicie zdałem się na Chrisa. Był ekscentryczny i nietuzinkowy - wiedziałem, że jego projekt będzie nieprzeciętny. I nie myliłem się.
- Wygląda naprawdę cool. Dzięki - Uśmiechnąłem się do Niego szeroko. Czułem się prawdziwie szczęśliwy. Chris sprawiał, że chciałem żyć. Chciałem czerpać jak najwięcej z każdej, najmniejszej nawet drobnostki. On ratował moją duszę.
- Nie wiem, jak mi się odwdzięczysz, Hazz. Nie tylko odmieniłem Twój pokój, ale to ja namówiłem Louisa, żeby się na to zgodził. W końcu pacjenci nie powinni tego robić, prawda? 
- Masz rację, nie powinni. Ale Ty nigdy nie odpuszczasz, mam rację? To czyni Cię jeszcze bardziej wyjątkowym - Stanąłem tuż naprzeciw niego i tak po prostu zagarnąłem go w objęcia. Od czasu gdy się poznaliśmy często to robiłem. Lubiłem ciepło i zapach Jego skóry. Pachniał...radością. Na początku dziwił mnie fakt, ile miał w sobie rozradowania po tym wszystkim, co przeszedł, ale później zrozumiałem, że dopiero będąc tutaj, mógł być w pełni sobą. I był fantastyczny. W każdym calu.
- Ty też jesteś niesamowity, Harry -  Zadarł  głowę  i pocałował mnie delikatnie w kąciki ust. Natychmiast rozchyliłem wargi, na co odpowiedział głębokim, ognistym pocałunkiem. Dłońmi smyrał mnie po karku, przywołując tym samym drżenie na całym moim ciele. Objąłem go w pasie, przyciągając do siebie jak najbliżej.  Wyginałem się, stopniowo pochłaniany przez czar, sączący się z każdego dotknięcia naszych ust. Każda komórka zdawała się teraz pulsować. Przygryzał moje wargi, a ja pieściłem dłońmi jego brązowe, jedwabiście miękkie włosy. Czułem na sobie przyjemny ciężar jego ciała, kiedy przyparł mnie do ściany i jeszcze dosadniej wpił się w moje usta. Nieprzytomnie zwarliśmy się w cichym skowycie, a pocałunki budzące gorączkę, przedzierały się pomiędzy chłodną rzeczywistością, prowadząc mnie ku zgubie.
- Co tu się do cholery wyprawia? - Niespodziewanie do pokoju wpadł Louis i  zastał mnie i Chrisa w najgorętszym momencie. Natychmiast odsunęliśmy się od siebie jak poparzeni. Tommo stał w drzwiach, nie spuszczając z nas wzroku. Patrzał zupełnie tak, jakbyśmy właśnie popełnili najgorszą rzecz na świecie.
- Myślę, że powinieneś pójść do siebie, Chris - Zwrócił się w stronę mojego przyjaciela. Dlaczego, do cholery, mówił do Niego w taki sposób? Miałem wrażenie, że jest wściekły, chociaż sam sugerował, żebyśmy się zaprzyjaźnili. Mieliśmy ze sobą o wiele więcej wspólnego, niż przypuszczał.
- Co w Ciebie wstąpiło, Harry? 
- Po prostu się ... całowaliśmy. Co w tym złego? - Odpowiedziałem, kiwając głową z dezaprobatą. Byłem młody i rządny przygód. A Chris najzwyczajniej w świecie mnie...pociągał. Czyż nie do takiego właśnie stanu pragnął doprowadzić mnie Louis i reszta terapeutów?  Tommo próbował zachować spokój, ja jednak dostrzegłem w Jego wzroku coś...dziwnego. Coś na wzór zawodu. I może..odrobiny smutku.
- To po prostu niedorzeczne, Harry - Odparował i zniknął za drzwiami dzielącymi nasze pokoje.

Położyłem się na łóżku i długo zastanawiałem nad tym, co w niego wstąpiło. Dlaczego widok dwóch całująch się chłopaków wywołał w nim tak wiele emocji? Na początku pomyślałem, że po prostu brak mu tolerancji, jednak po dłuższym namyśle doszedłem do wniosku, że sam musiał doznać podobnych zdarzeń...i być może spotkały go z tego powodu jakieś nieprzyjemności. Przypomniałem sobie o naszej rozmowie na temat Chrisa i o sposobie, w jaki opowiadał mi o Jego orientacji seksualnej. Wiedziałem jedno : Louis Tomlinson miał tajemnicę, a ja byłem w stanie zrobić wszystko, by ją z niego wyciągnąć.

- I jak mniemam Ci się udało - Mówisz, a ja potwierdzająco kiwam głową.
- Ale o tym opowiem Ci kiedy wstanie świt. Oczywiście jeśli nie uciekniesz - Najwyraźniej nie masz takiego zamiaru, bo sięgasz po koc, znajdujący się na krawędzi kanapy i okrywając Nim naszą dwójkę, wtórnie wtulasz się w moje ramię i zamykasz oczy. Chyba nadeszła pora na sen. Zanim jednak udaje mi się zapaść w objęcia Morfeusza, moje myśli krążą wokół Chrisa. I Louisa. I wszystkich tych obłędnych wydarzeń tamtych dni, które sprawiały, że chciałbym cofnąć wskazówki zegara...



Gdy­bym mógł cofnąć czas, to wróciłbym do mo­men­tu gdy Cię spot­kałem i..
 zno­wu bym się w To­bie zakochał 

wtorek, 16 października 2012

3.





3.




Często nie wiemy co zrobić, gdy śmierć przechodzi tak blisko...

W grudniu następnego roku poznałem Jego. Pewnie był to przypadek, ja jednak lubię nazywać to przeznaczeniem. Louis Tomlinson zjawił się tak nagle, jak grom z jasnego nieba. Nasza znajomość zaczęła się dość burzliwie. Przychodziłem na spotkania, na których różni ludzie, z różnych środowisk uczyli się jak radzić sobie ze śmiercią najbliższych. Byłem dość osobliwym przypadkiem, ponieważ w tak młodym wieku straciłem nie tylko żonę, ale i dziecko. To dość spory ciężar, jak na dziewiętnastoletniego chłopaka. Moim osobistym terapeutą był Michael Bolton. Nie był jednak w stanie ugasić mojego bólu. Jego terapia wydawała się zbędnym balastem - nie znosiłem jej zbyt dobrze. Drażniły mnie Jego banalne sposoby na walkę z tęsknotą, wydawał się zupełnie nie rozumieć przez co przechodziłem.

- Straciłem żonę i dziecko.
- Musisz zapomnieć o tych wydarzeniach, Harry.

Ale jak, cholera, jak miałem zapomnieć o czymś, co było całym moim światem? On nawet nie próbował mi pomóc. Byłem tylko kolejnym pacjentem, któremu po kilku miesiącach beznadziejnego rozprawiania o Jego bólu, rozpaczy i tęsknocie za najbliższymi, wmówi, że wszystko jest okay. Wmówi, że jest już zdrowy, a teraz nadszedł czas na kolejny etap. Radzenie sobie z życiem takim, jakie jest. Już po kilku sesjach wiedziałem, że potrzebuję innego terapeuty. Kogoś, kto nie jest sześćdziesięcioletnim dziadkiem i nie ma zielonego pojęcia, co czuje osoba w moim wieku. Potrzebowałem...kogoś młodszego. I wtedy przydzielili mi Louisa. Myślisz, że się ucieszyłem? Byłem wściekły, gdy tylko przekroczył drzwi pokoju, w którym miała odbyć się nasza pierwsza, wspólna sesja.

- Ty będziesz moim terapeutą?
- Ja.

Często widywałem go na korytarzu, jak rozmawiał z pacjentami, albo podczas terapii grupowych, kiedy stawał w progu i wszystkiemu się przysłuchiwał. Drażnił mnie Jego sposób bycia. Uśmieszek, który nigdy nie schodził Mu z ust. Prawdę mówiąc przez większość czasu miałem ochotę Mu przywalić. Wydawał się takim lekkoduchem. Jak gdyby nigdy w życiu nie spotkało go nic złego. Nie, On nie mógł być osobą, której miałem zwierzyć się ze swoich uczuć.

- Nie chcę Cię, jasne?
- Przykro mi, Harry, nie chciałeś również Michaela. Powiedz, w czym tak naprawdę tkwi problem?

W czym tkwił problem? Otóż w tym, że chciałem kogoś młodszego od Boltona, nie kogoś, kto nie mógł być starszy ode mnie więcej niż dwa lata. Co On do cholery mógł wiedzieć? Może nie byłoby problemu, gdyby nie ta Jego wiecznie zadowolona gęba. Ale problem był i wtedy byłem przekonany, że nie zniknie.

- Nie lubię Cię.
- Nie znasz mnie, Harry. Chcę Ci pomóc..
- Nie chcę Twojej pieprzonej pomocy.

I wyszedłem, trzaskając drzwiami. Nie pojawiłem się w ośrodku przez następne trzy tygodnie. Prawdę mówiąc włóczyłem się po pubach i upijałem do nieprzytomności. Właściciel mieszkania, które wynająłem z Libby i dalej zamieszkiwałem, po kilkunastu nieudanych próbach skonsultowania się ze mną, ostatecznie użył swojego własnego klucza i wszedł do środka, zastając mnie w fazie nieważkości. Leżałem na podłodze - brudny i śmierdzący. Obudziłem się w szpitalu. Kolejny raz przechodziłem traumę związaną z tym miejscem. Tym jednak razem sam byłem sobie winien. Albo, jak zwykłem sobie wtedy wmawiać, śmierć była prowodyrem wszystkich tych zdarzeń. Jedynym plusem był fakt, że nie było tam ani mojej matki, ani ojczyma. Była za to Gemma i moja babcia, Cindy.

- Jak wiesz, klinika do której uczęszczasz, A RACZEJ UCZĘSZCZAŁEŚ, ma oddział zamknięty. To już nie tylko sesje dwa razy w tygodniu, ale stały pobyt. Chcemy, żebyś poddał się takiej terapii, Harry. Jeśli dobrze pójdzie potrwa to tylko kilka miesięcy. - Powiedziała Gemma, a mnie zastygła krew w żyłach.
Tylko kilka miesięcy? Tylko?!
- Nie dam się zamknąć w jakimś pieprzonym wariatkowie.
- Wybieraj Harry. Albo to, albo nie zobaczysz mnie nigdy więcej.

Po czym obie opuściły salę, zostawiając mnie samemu sobie. Spędziłem na oddziale 72 godziny, podczas który lekarze mieli odżywić i uzdrowić mój struty alkoholem i wygłodzony organizm. Wydawało mi się, że trwało to całą wieczność. Wciąż rozmyślałem nad pobytem w klinice i ostatecznie zdecydowałem się poddać leczeniu. I tak nie miałem innego wyjścia. Nie mogłem przecież stracić jeszcze Gemmy.

- I babci - Mówisz, a ja delikatnie unoszę kąciki ust w niepewnym uśmiechu.
- I babci - Przytakuję.

Wstaję i sięgam do barku, w którym powinienem mieć jeszcze jedną butelkę whisky. Stawiam ją na stoliku przed nami i udaję się do kuchni po dwie szklanki, butelkę coca-coli i kostki lodu. Kiedy wracam zastaję Cię przeglądającą moje płyty CD. Zanim wdajemy się w dyskusje na temat muzyki, siadam na sofie i zdaję sobie sprawę, że po raz pierwszy od trzech miesięcy nie wysłałem do Niego sms-a. Więc robię to teraz.
Tęsknię.

Minuta. Dwie. Trzy... Pięć. Nic.
Gdzie jesteś?

- Co Ty na to, żebyśmy zrobili sobie małą przerwę w Twojej opowieści i posłuchali jakieś muzyki? Nie miałbyś nic przeciwko, Harry? - Potakująco kiwam głową, po czym stwierdzam, że lubię sposób, w jaki wypowiadasz moje imię. 
- Może ColdPlay? - Tak, uwielbiam ColdPlay.
- Jasne. Zacznijmy może od 'Fix You', to moja ulubiona. 

Za sprawą tego utworu oboje odlatujemy. Zamknięte oczy, lekko rozchylone usta. Magia. Jest w nim coś... niesamowitego. Coś fenomenalnego. Nie wiem, kiedy z moich ust wydobywa się cichy pomruk, który z czasem przeradza się w czysty, intensywny śpiew. Wraz z ostatnimi nutami otwieram oczy i widzę zdumienie, wymalowane na Twojej twarzy. Czy to ja jestem tego powodem? Uśmiechasz się i wpadasz w moje ramiona. Tak po prostu, jakby właśnie taka reakcja była najoczywistszą reakcją na świecie.

- Nie wiedziałam, że potrafisz tak pięknie śpiewać, Harry - Harry, Harry, Harry, mów do mnie jeszcze.
- Nie śpiewałem odkąd Go straciłem. Aż do dziś. 
- Chciałabym Go zobaczyć. Mógłbyś to dla mnie zrobić?

Sam chciałbym Go teraz zobaczyć, chciałbym, żeby stanął przede mną, z tym swoim drażniącym uśmiechem i powiedział tak, jak często, kiedy byliśmy jeszcze...blisko. 

- W co się tym razem wpakowałeś, Hazz?
- Tak, Ciebie także dobrze widzieć, Lou.

Jednak nie wszystkie spełnienia naszych pragnień są osiągalne, wyciągam więc zielony album z wygrawerowanym na okładce podpisem 'Larry Stylinson' i siadam obok Ciebie. Kładę album na kolanach i otwieram, ukazując pierwsze zdjęcie. Louis stojący na korytarzu kliniki. Ma na sobie biały t-T-shirt w czarne poziome paski i czerwone spodnie, sięgające kostki. Na czubku jego nosa widnieją okulary w czarnych, prostokątnych oprawkach, a niesforna grzywka ukradkiem zakrada się na czoło. Uśmiecha się. Tak, jak zawsze. Ma piękny uśmiech. Ale tamtego dnia, w którym zrobiłem to zdjęcie, tak nie uważałem. Był tylko niecną kreaturą, która z całą pewnością chciała zrobić ze mnie wariata.

- Jest bardzo przystojny - Mówisz, a ja potwierdzająco kiwam głową, delikatnie się uśmiechając. Rzeczywiście, Lou jest naprawdę piękny.

Pamiętam mój pierwszy dzień w klinice. Szedłem tam jak na skazanie - do walki z własną furią i tętniącą tęsknotą, która odgradzała mi dopływ tlenu. Była środa, a recepcja ośrodka była zatłoczona. Naprawdę zgłaszało się tam tak wielu ludzi? Byłem tym całkowicie zaskoczony. Czy Oni, podobnie do mnie, zostali po prostu postawieni pod ścianą i zwyczajnie zmuszeni do leczenia? Nie miałem bladego pojęcia, ale kto, do cholery jasnej, sam siebie prowadziłby na stracenie?

- Będzie miał Pan prywatnego terapeutę, Panie Styles. Będzie bezustannie przy Panu czuwał, na wypadek, gdyby gorzej się Pan poczuł i chciał z kimś porozmawiać - Usłyszałem nieprzyjemny, piskliwy głos recepcjonistki, znajdującej się po drugiej stronie okienka. Dostałem dreszczy.
- Proszę dać mi te pieprzone papiery i nie traktować mnie, jakbym był obłąkany - Nie odpowiedziała. Podstęplowała tylko kilka dokumentów i podała mi zwój jasnobeżowego papieru. - Pokój numer 203, Panie Styles. Miłego pobytu!
- Nie sądzę, by był miły - Odburknąłem i odwróciwszy się na pięcie, udałem się w stronę szklanych drzwi, gdzie już czekał na mnie ochroniarz, który miał odprowadzić mnie do pokoju. Pieprzona paranoja, wiesz? Nawet nie wiesz, jaki byłem szczęśliwy, że będę mógł wreszcie zamknąć się w swoim pokoju i odciąć od tego zgiełku. Moja wściekłość osiągnęła apogeum, kiedy otworzyłem drewniane drzwi, a w pomieszczeniu zastałem nikogo innego, jak samego Louisa.

- Co Ty tutaj robisz? Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że .. Cholera, to nie może być prawda!
- Przykro mi, Harry, ale niezależnie od tego, czy Ci się to podoba, czy nie, od tej chwili będziemy NIEROZŁĄCZNI. Za tymi drzwiami - wskazał palcem białe wrota, dzielące mój pokój od jakiegoś innego pomieszczenia - znajduje się MÓJ POKÓJ. Dzieli nas zaledwie ta ścianka.

Byłem tak zły, że miałem ochotę walić głową w mur. Kiedy tylko zniknął w tym drugim pomieszczeniu, chwyciłem w dłoń budzik, stojący na małej szafeczce tuż obok łóżka i cisnąłem nim o ścianę. Damn it! 

- Słyszałem! - Odkrzyknął mi głos zza ściany i już wiedziałem, że to będą najgorsze miesiące mojego życia.

Odkładam album na stolik i podnoszę szklaneczki po brzegi wypełnione bursztynowym płynem. Otaczasz jedną z nich długimi palcami, a ja zauważam, że masz piękne dłonie. Och, a więc została jeszcze krzta dawnego mnie. Zawsze zwracałem szczególną uwagę na dłonie.

- Za miłość - Mówisz. - Wznieśmy toast za miłość.
Uśmiechamy się szeroko i unosimy szkła.
- Za miłość, jaka by nie była! 

                                                                    ~~*~~

Przepraszam, przepraszam, przepraszam, kochane, że słabiutko. Po raz kolejny zawodzę. I Was i samą siebie...



poniedziałek, 8 października 2012

2.




2.

z dedykacją dla Nats.
za to, że obracasz moje wieczory do góry nogami.
za to, że podczas rozmów z Tobą, nawet, gdy jestem w totalnej
rozsypce, wystarczy, że wdamy się w dyskusje odnośnie S. i nagle wszystko jest okay.
za to, że jesteś.
z góry przepraszam, kochana, że kiepskie. ;*
love. <3


Wpad­liśmy na siebie. Tak po pros­tu. W środ­ku no­cy. W środ­ku mias­ta. Dwo­je sa­mot­nych, zim­nych ludzi. Tak niereal­nie. Tak nieby­wale. Tak magicznie. 

Siadamy na samej krawędzi dachu. Czujesz jak przyjemnie wiatr muska nasze rozgrzane policzki? Tak, to tutaj od niespełna trzech miesięcy przesiaduję niemal codziennie. To tutaj gubię się i odnajduję w swojej samotności. Tutaj, zawsze kilka minut przed dziewiątą, wysyłam SMS a o treści tęsknię. Zawsze do tej samej osoby. Zawsze z takim samym skutkiem - bez odpowiedzi. Kim jest ta osoba? Do tego przejdziemy później. Na razie wróćmy do kwestii szpitala. Spędziłem tam dwa tygodnie. Ból był nieustanny, szczególnie dawały o sobie znać żebra. Jednak to poczucie osamotnienia bolało najsilniej. Myślałem, że mogę liczyć na moją matkę, że będzie w stanie uwierzyć w moją historię, w to, co tak naprawdę wydarzyło się tamtego dnia. Ale ona wydawała się być głucha na moje tłumaczenia. Przychodziła wprawdzie codziennie, ale nigdy nie siadała przy łóżku, nie próbowała także ze mną rozmawiać. Przynosiła tylko kilka smakołyków, które zostawiała na małym, kiwającym się stoliku tuż przy szpitalnej koi, chwilę przypatrywała się mojej twarzy, po czym nerwowo potrząsała głową i wychodziła. To wszystko. Wiedziałem, że nie mogę liczyć na nic więcej z jej strony. Jak i zresztą każdego, kogo znałem. Byłem zupełnie sam. Zagubiony i mizernie nieszczęśliwy. Nie miałem bladego pojęcia, co będzie dalej, jak potoczy się mój los, jednak, jak okazało się kilka dni później, kiedy wróciłem do domu, matka i ojczym doskonale wiedzieli, jakie kroki podejmę następnie. Postanowili, że zamieszkam z babcią w Londynie, dzięki czemu będę mógł uczęszczać na najlepsze zajęcia dla trudnej młodzieży. Trudnej młodzieży? Ja nie byłem trudnym nastolatkiem, prawdę mówiąc nie sprawiałem większych problemów wychowawczych  To oni sprowadzali mnie na stracenie. Podkładali mi kłody pod nogi za każdym razem, kiedy jakimś sposobem udawało mi się podnieść. Była jeszcze Gemma, moja starsza siostra, z którą miałem doskonały kontakt, dopóki kilka miesięcy wcześniej nie uciekła od zgiełku panującego w naszym domu. Chciała zabrać mnie ze sobą, ale matka w życiu by się na to nie zgodziła. Uważała, że w pojedynkę jesteśmy nieznośni, co więc mogłoby przydarzyć się nam w duecie. Więc, kiedy ona wyjechała byłem zdany wyłącznie na siebie. Uciekłem się do alkoholu i kilku zejść narkotykowych. Ale nie, nie byłem trudnym nastolatkiem. Nie opuszczałem zajęć w szkole i nie dopuszczałem się bójek. O tym, co tak naprawdę działo się w moim świecie, wiedziałem tylko ja sam. Jednak to nie ja byłem osobą, która miała prawo decydować o swoim własnym losie. Cztery dni później byłem już w Londynie. Wiesz, gdzie mieszkała moja babcia? Właśnie tutaj, w tym budynku, na dachu którego właśnie siedzimy, rozmawiając i upijając się gorzkimi procentami. Odgarniając kosmyk włosów z zaróżowionego policzka pytasz, czy lubię to miejsce. Lubię na tyle, by dalej tu mieszkać. Co prawda.. kiedy mieszkaliśmy tu RAZEM z osobą, której historię poznasz niebawem, lubiłem je dużo bardziej. Rzekłbym nawet, że byłem nim zafascynowany. Szczególnie podczas deszczu, kiedy krople ciężko uderzały o masywne parapety, wystukując tym samym coraz to nowe melodie, a my, siedzieliśmy wtuleni na naszej starej, zapadniętej sofie i rozmawialiśmy. Godzinami. Kiedyś postanowiliśmy na jakiś czas się przeprowadzić. Do czegoś nieco bardziej modernistycznego, aniżeli te stare, niezbyt przestronne mieszkanie w kamienicy. Jednak, mimo histerycznego pragnienia posiadania balkonu, które zaspokoił nasz nowy apartament, po dwóch miesiącach wróciliśmy na stare śmieci. Przymykam na chwilę oczy i chyba odpływam , bo po chwili czuję Twoje palce, kiedy lekko szturchasz mnie w bok. Natychmiast wracam do rzeczywistości, posyłając Ci przepraszający uśmiech. 

- Chciałabym poczuć magię tego miejsca.
- To tylko dwa piętra niżej.

Poczułem, że chcę, byś wiedziała ... widziała więcej, niżeli jestem w stanie przekazać Ci samymi tylko słowami. Nagle zapragnąłem stanąć przed Tobą otworem. Harry Styles, miękki jak gąbka, gotowy pokazać Ci siebie od wewnątrz. 

Płyta DVD.
Rok 2010.
I zapomnij, że jesteś, gdy mówisz, że kochasz.

- Przestań, Harry! Naprawdę musisz kręcić te swoje durne filmiki nawet kiedy pracuję? - Libby podniosła wzrok znad sterty dokumentów porozrzucanych na całej powierzchni dębowego biurka i kierując twarz w stronę obiektywu, rzuciła pogardliwe spojrzenie. 
- Wyglądasz uroczo, kiedy pracujesz. - Odpowiedział nieco zachrypnięty głos po drugiej stronie obiektywu, po czym Jego właściciel odłożył kamerę w jakieś bliżej nieokreślone miejsce i skierował obraz  z powrotem na ciemnowłosą dziewczynę. Po chwili znalazł się tuż obok niej i okrył jej ramiona pledem w kolorze kakaa. Obróciła się ku niemu i chwytając oburącz Jego roześmianą twarz, przysunęła ją ku swojej własnej i ucałowała malinowe usta chłopaka. 

Zatrzymuję film, pragnąc złapać oddech i powstrzymać łzy, usilnie wkradające się pod powieki. Dokładnie pamiętam tamten dzień. Chociaż minęły już trzy lata, mam wrażenie, jakby to było wczoraj. Jestem przekonany, że gdybym zamknął oczy, byłbym w stanie wytężyć pamięć na tyle, by do moich nozdrzy dotarł zapach perfum, których Libby użyła tamtego dnia...

Scena numer 2.
Jes­teś od­po­wie­dzią na każdą mod­litwę, jaką za­nosiłem. Jes­teś pieśnią, marze­niem i szep­tem. Sam nie poj­muję, ja­kim cu­dem ty­le cza­su bez Ciebie wytrzymałem. 


- Libby, kochanie, nie mogłam wyobrazić sobie piękniejszej Panny Młodej! - Starsza, jasnowłosa kobieta załkała cicho, ukradkiem wycierając łzy, bezwolnie kreślące przezroczyste szlaczki na jej rumianych policzkach, po czym szeroko rozłożyła szczupłe ramiona i zagarnęła swoją jedyną córkę w matczyny uścisk. - Wyglądasz naprawdę zjawiskowo. - Dodała, składając na czole dziewczyny subtelnego całusa. - No, a teraz leć, Pan Młody jest już gotowy, by Cię poślubić.
- Mamo...? - Kobieta już zdążyła obrócić się na pięcie i przestąpić kilka kroków w stronę drzwi, aczkolwiek zareagowała natychmiast, kiedy usłyszała głos córki.
- Tak, kochanie? - Libby chwyciła drobne dłonie rodzicielki i spojrzała głęboko w jej błyszczące, lazurowe tęczówki. 
- Ja .. to znaczy My...spodziewamy się dziecka. Ale nie...nie, to nie dlatego postanowiliśmy się pobrać. Prawdę mówiąc Harry jeszcze nic nie wie. Zamierzam powiedzieć Mu o tym dziś, niech to będzie Nasz bardzo osobisty prezent ślubny! - Powiedziała na jednym wdechu, cały czas się uśmiechając. Matka natychmiast uścisnęła Libby, gorąco jej gratulując. Tak, zdecydowanie była szczęśliwa. Obie były.

Mówię Ci, że ja też byłem szczęśliwy. Libby była wszystkim, całym moim światem, oczkiem w głowie. A kiedy jeszcze doszła wiadomość o ciąży, byłem wniebowzięty. Co prawda ślub nie był do końca taki, na jaki liczyłem, ponieważ atmosferę burzyła opryskliwość mojej matki i komentarze ojczyma, który bezwstydnie obrażał mnie przy każdej nadarzającej się okazji, ale tak naprawdę liczyło się tylko to, że to właśnie Ona, moja wymarzona kobieta, była o krok od zostania moją żoną. Do pełni szczęścia brakowało Nam tylko tej małej istotki, która niebawem miała pojawić się na świecie.

Na myśl o kolejnych etapach historii Libby poczułem mdłości. Sielanka nie trwała długo. Sięgam po album ze zdjęciami i siadając obok Ciebie, rozkładam go tak, by przewracanie kartek nie sprawiało żadnych trudności, a przy tym dbam o widzialność fotografii, które zamierzam Ci pokazać. Na jednych jestem ja sam, na innych z Gemmą, babcią, czy przyjaciółmi, których poznałem w ośrodku. Są też zdjęcia z Nim. Nim wyjątkowym, bo jego historia zajmie nam naprawdę sporo czasu. Są też fotografie z Libby. I kilka zdjęć na której możesz ujrzeć śliczną twarz mojej córki. Darcy narodziła się 4 grudnia i była najpiękniejszym, co do tej pory widziały moje oczy. 

- Jest piękna.
- Była piękna.

- Niestety, pańskiej żonie się nie udało, Panie Styles. Teraz walczymy o życie Pańskiej córki.

Takie słowa usłyszałem od lekarza prowadzącego ciążę mojej żony. Wyobrażasz sobie, co poczułem? Świat upadł z gwiazd na ziemię, kolana ugięły się pode mną, upadłem jak kłoda na zimną podłogę w szpitalnym holu. Łkałem jak dziecko, uderzając pięściami na oślep. Z tamtej nocy pamiętam tylko chłodne dłonie lekarza, który podawał mi leki uspakajające. Pamiętam zapach śmierci, który unosił się wszędzie, dookoła mnie, zwiastując, że oto właśnie ja, Harry Styles, straciłem serce, które odeszło wraz z nią. Tylko myśl o córce trzymała mnie przy życiu. Przez kolejne dni patrzyłem na nią - tak małą, bezbronną, niewinną. Chciałem bezustannie trzymać ją w ramionach, składać subtelne pocałunki na jej jasnych policzkach, pozwalać, by zaciskała malusieńkie piąsteczki na moimi kciuku... Chciałem, żeby żyła. Odeszła po dwóch tygodniach, jej słabiutki organizm nie był w stanie utrzymać jej przy życiu. I wraz z jej śmiercią, straciłem wszystko, co miałem. Stałem się bezużytecznym, niepotrzebnym wyrzutkiem, którego znienawidziłem. I tak naprawdę najbardziej bolał mnie fakt, że nie zdążyłem się z Nimi pożegnać. Nie zdążyłem powiedzieć, pokazać, udowodnić, jak bardzo je obie kochałem. Miałem być mężem i ojcem, stałem się zupełnie nikim...
Pierwsze tygodnie po Ich śmierci ciągnęły się w nieskończoność. Upijałem się do nieprzytomności i podejmowałem się wszystkiego, co w moim mniemaniu miało załagodzić ból. Jednak ciągle było tylko gorzej. Po pierwszej fazie mojego cierpienia nadeszła część druga. Opamiętałem się z alkoholem i zacząłem całe dnie spędzać w naszej sypialni. Otwierałem wszystkie szafy, w których znajdowały się jej ubrania i ze strachu przed tym, że jej zapach może się ulotnić, zamykałem wszystkie okna i kładłem się na podłodze,  wdychając cudowną woń, która pozostanie w mojej pamięci na zawsze. Woń lawendowego płynu do płukania i mięty. Tak, byłem wtedy o krok od przekroczenia cienkiej granicy między tęsknotą, a obłędem. Na szczęście wpłynęła na mnie Gemma, która małymi kroczkami doprowadziła mnie do stanu, w którym wreszcie zdołałem na własną rękę szukać pomocy dla siebie. Pierwszy raz od długiego czasu zapragnąłem żyć, nie umierać. I wtedy poznałem Jego... 

I odtąd zima zawsze będzie mi Ciebie przypominać. Wtedy się poznaliśmy.
Biel.



wtorek, 25 września 2012

1.

Z dedykacją dla Anii, najwspanialszej osoby, jaką do tej pory poznałam.
Jesteś niesamowita. 
Kocham Cię. <3
p.s. wybacz, że rozdział bardzo słaby. : *


1.
Do posłuchania

   Mówię Ci, że ta historia miała nigdy nie ujrzeć światła dziennego. Kiedy pytasz dlaczego, odpowiadam, że jej treść jest dość plugawa i ukazuje wszystkie moje słabości, a jej koniec jest ukoronowaniem wszystkiego, co w życiu zrobiłem źle. Jest dokładnie taki, na jaki zasłużyłem. Mimochodem kręcisz głową, jakby zaprzeczając, jakobym mógł rzeczywiście być prowodyrem tego wszystkiego, o czym zamierzam Ci opowiedzieć. Ale musisz wiedzieć, że tak właśnie jest. Ja, Harry Styles, sam siebie sprowadziłem na stracenie. Zakochałem się i to moje zaślepienie sprawiło, że w imię tej miłości zacząłem oszukiwać, zwodzić i wykorzystywać. Byłem okrutny wobec siebie i wszystkich, na których mi zależało. Ale o tym później.
   Każda historia musi mieć swój początek. Moja nabiera rytmu, kiedy pewnego grudniowego poranka, wracając do domu po kolejnym, trwającym trzy doby alkoholowym letargu, zdałem sobie sprawę z tego, że z całego serca nienawidziłem samego siebie. Miałem wtedy siedemnaście lat, więc pewnie pomyślisz sobie, że to typowe dla osoby w takim wieku. Aczkolwiek ja nie nienawidziłem siebie jako siebie, nie chodziło o wygląd zewnętrzny, czy wewnętrzny. Nienawidziłem siebie za to, że byłem słaby. I cenę za tę słabość płaciłem w domu. Dwa lata wcześniej zamieszkał z nami David, nowy, kolejny już facet mojej matki. I wiesz, myślę, że od samego początku, od chwili, w której spojrzał na mnie po raz pierwszy, wiedział już dokładnie, że to na mnie będzie rozładowywał wszelkie flustracje i odgrywał się za niepowodzenia. Nie mylił się. Nie, nie wzdychaj, to nie to, o czym myślisz. Gwałt, prawda? Widzę to po wyrazie Twojej twarzy. Muszę Cię jednak zaskoczyć. David był typowym, łysym mięśniakiem. Nie, nie jestem facetem, który ocenia książkę po okładce, czy wrzuca od razu ludzi do worka z odpowiednią etykietką, ale gdybyś na niego spojrzała, czy choćby rzuciła okiem, wiedziałabyś już, że prócz masywnej budowy ciała, nie posiadał nic więcej. Poza siłą, oczywiście, o której przekonywałem się niemal każdego dnia. Ale wtedy, tego feralnego grudniowego poranka, szalka się przechyliła i przeszedł samego siebie. Zauważył mnie od razu, gdy przekroczyłem próg domu. Chciałem jak najszybciej go wyminąć i schodami udać się na górę, do swojego pokoju. On był jednak cwańszy. Dopadł mnie, z całych sił szarpnął za materiał czarnej, puchowej kurtki, którą miałem wtedy na sobie i przyciągnął na tyle blisko siebie, że czułem jego niespokojny oddech na twarzy. Bałem się, wiesz? Tak cholernie się bałem, że za każdym razem, kiedy otwierał usta, modliłem się, by tylko na tym się skończyło - na repremendzie, podczas której wyzwie mnie od najgorszych. Podczas której będę czuł się niczym robal, którego należy bezzwłocznie zdeptać, zrównać z ziemią. Tak się jednak nie stało. Wymierzył cios prosto w mój zaczerwieniony od zimna policzek. Poczułem tępy ból, świat wydawał się wirować, kręcić, wszystko nagle stało się rozmazane, niczym nieudane ujęcie fotograficzne. Chwyciłem się barierki schodów, oddychałem tak zachłannie, jakby nagle ktoś miał odciąć mi dopływ tlenu. Myślałem .. myślałem, że to już koniec, wiesz? Nagle, ni stąd ni z owąd, Ty dotykasz mojej dłoni, a ja czuję przyjemne mrowienie w żołądku. Dawno nikt .. nie dotykał mnie w taki sposób. Dawno nikt nie patrzył na mnie w taki sposób. Uśmiechasz się, kiedy Ci o tym wspominam, po czym nerwowo skinasz głową na znak, bym kontynuował. Mówię więc, że to, co już wiesz, było dopiero początkiem tego, co wydarzyło się później. Pobił mnie. Pobił mnie na tyle mocno, że kiedy byłem już niemal wycieńczony, ledwo przytomny, chwycił mnie za nadgarstki i sunąc po podłodze, poprzez salon aż do drzwi prowadzących do ogrodu za domem, wyrzucił na śnieg, który tej zimy był wyjątkowo bujny. Nie siłowałem się, by wstać. Wiedziałem, że nie będę w stanie się podnieść. Nie mam pojęcia kiedy usnąłem. Tak, zasnąłem tam, na tym śniegu, choć ciało bolało mnie okrutnie. Obudziłem się dopiero w szpitalu. Pamiętam tylko, że było mi okropnie zimno. I byłem sam. Jak palec. Tej nocy nie zmróżyłem oka. Lekarze kręcili się po sali, na której leżałem i z ich rozmów zdążyłem wyłapać tylko tyle, że prawdopodobnie utkwiłem w kilka dni trwającym, młodzieżowym wypadzie, po którym wróciłem do domu, nie do końca jeszcze trzeźwy i możliwe, że niecałkiem świadomy, przypuszczalnie oczadzony jakimiś dopalaczami i .. miałem napad - pobiłem samego siebie. Uderzałem tak długo, że upadeł i straciłem przytomność. Na szczęście znalazł mnie ojczym, inaczej zapewne zamarzłbym na śmierć. Pobił mnie i się przed tym uchronił, rozumiesz? Skłamał, zrobił ze mnie psychola, który znęca się nad sobą fizycznie. Krew uderzyła mi do głowy, zakryłem dłonią usta, starając się powstrzymać krzyk. Ten skurwysyn skutecznie rujnował mi życie, a moja matka zdawała się tego nie widzieć. Czułem się bezradny, samotny i opuszczony. Na domiar złego bolała mnie każda część ciała. Tamtej nocy marzyłem o śmierci. Chciałem tylko zamknąć oczy, zasnąć i nie obudzić się nigdy więcej. Jednak nic takiego nie nastąpiło - ból zamiast ustępować, zdawał się nasilać z minuty na minutę. Obserwuję Twoją twarz. Widzę, jak maluje się na niej współczucie, czy może ... może na tyle wczułaś się w moją sytuację, że odczuwasz po prostu... ból? Potwierdzająco kiwasz głową, mocniej zaciskając palce na przegubie mojej ręki. Delikatnie odrywam od niej Twoje palce, jeden po drugim, rzucając w Twoją stronę subtelny uśmiech. Później powoli wstaję od stołu, by następnie udać się do baru i zamówić Nam kolejne drinki. Albo nie, może od razu wezmę całą butelkę? Siadam na jednym z wysokich, barowych krzeseł i proszę o siódemkę Jack'a Daniels'a. Czekając aż barman poda mi zamówiony trunek, wspieram się na łokciach i pochyliwszy głowę, przymykam na chwilę oczy. Natychmiast pamięć przenosi mnie w tamto miejsce, do tamtej osoby. Przenosi mnie trzy miesiące wstecz, kiedy jeszcze wszystko miało sens.

Harry otworzył drzwi balkonowe i dosłownie na sekundę udał się na zewnątrz, by zebrać pranie, wcześniej wywieszone przez Rosalie, Jego 'au pair'. Gdy jednak po wykonanej czynności odwrócił się i zobaczył, że szklane drzwi są zamknięte, nie mógł uwierzyć własnym oczom. On znów to zrobił. Przytknął pięść do szyby i zastukał kilkakrotnie. Tak, jak się spodziewał, nagle zza sofy w salonie wyskoczył Lou i pomachał do Niego rozbawiony. ' Otwórz te cholerne drzwi, słyszysz? ' wrzasnął Harry, ale Louis tylko przecząco potrząsnął głową i skierował się w stronę Harrego. Teraz dzieliły ich tylko szklane drzwi. ' Poproś' zarządał Louis, a na jego usta wkradł się złośliwy, odrobinę diaboliczny uśmieszek. 'Nigdy' odparował Harry, całkowicie zaobsorbowany. ' To Ty mnie tutaj zamknąłeś, nie prosiłem się o to'. Lou zaśmiał się gardłowo i usiadł, krzyżując nogi. ' Więc wygląda na to, że będziesz zmuszony spędzić noc na balkonie', po raz kolejny zaśmiał się głośno.' Otwórz te pieprzone drzwi, cholerny zjebie!' Harry czuł, jak ciśnienie powoli w Nim wzrasta, krew buzuje. Kochał Louisa, był przecież jego najlepszym przyjacielem, ale czasami po prostu przechodził samego siebie. Nagle drzwi delikatnie się rozsunęły, na tyle tylko, by zmieściła się tam głowa Lou, którą natychmiast wsadził w wąską szczelinę. ' Poproś' zarządał po raz kolejny. ' Proszę, Złamasie, pozwól mi wejść' - Harry poczuł, że nie ma innego wyjścia, jak tylko wejść w łaskę Lou. Nie mógł jednak powstrzymać się od użycia słowa ' Złomas', Jego duma nigdy by mu na to nie pozwoliła. Louis szerzej otworzył drzwi i chwytając Harrego za rękę, wciągnął Go do środka, by tam powalić Go na kanapę. ' Złamasie? Jesteś pewny, że właśnie tak mnie nazwałeś, Hazz? Jesteś tego całkowicie pewny?' zapytał, cały czas gilgocząc młodszego przyjaciela. Harry tylko przecząco kiwał głową, cały czas donośnie się śmiejąc. Nie pozostawał jednak dłużny, chwycił Louisa w pasie i wyszukując palcami szczeliny pod żebrami, zaczął oddawać gilgotki. Dziki śmiech rozszedł się po całym apartamencie. Trwałoby to pewnie w nieskończoność, gdyby nie fakt, że obu zabrakło powietrza w płucach. Leżeli obok siebie, teraz już na podłodze, stykając się głowami. ' Nie wiem, co bym bez Ciebie zrobił' powiedział Louis, po omacku wyszukując dłoni Harrego i zamykając ją w swojej. ' A ja nie wiem, co zrobiłbym bez Ciebie, Boo Bear, ale chyba zgodzisz się ze mną, że pewnie rzadziej byłbym zamykany na balkonie'. Głośny śmiech ponownie rozniósł się po mieszkaniu, radosnym echem odbijając się od ścian...

Z letargu wybija mnie głos barmana, nerwowo pochylającego się tuż nade mną. Mruczę pod nosem przeprosiny i odbierając zamówienie, rzucam na blat kilka banknotów. Wracam do naszego stolika. Nie siadam jednak. Pytam, czy masz ochotę na 'spacer' i co ważniejsze, czy masz ochotę poznać resztę tej historii. Akceptujesz wszystko bez zastanowienia. Zabieramy Nasze kurtki i udajemy się w stronę wyjścia. Już wiem, w które miejsce zabiorę Cię najpierw.

Śnieg. Biel. Znienawidzona biel.


środa, 19 września 2012

Prolog.



Prolog.
do posłuchania
*klik*


Załóżmy, że jesteś dziewczyną. Powiedzmy, że jesteś dziewczyną i przyszłaś właśnie na imprezę. Do klubu, a może po prostu na drinka do jakiegoś pubu. I wtedy widzisz mnie, przy czym oczywiście nie masz pojęcia, kim jestem. I wtedy ja Cię zaczepiam. Niektóre rzeczy będą dla Ciebie oczywiste od samego początku. Bez trudu zauważysz, że mam niespełna metr osiemdziesiąt wzrostu i jestem średnio zbudowany. Jeżeli podamy sobie ręce, stwierdzisz, że mam masywne dłonie i nieskazitelnie czyste paznokcie. Na pewno zobaczysz też, że mam duże zielone oczy i burzę brązowych loków na głowie. Prawdopodobnie nie umkną Twojej uwadze także dołeczki w policzkach, pojawiające się zawsze, gdy się uśmiecham. Załóżmy, że to wszystko nie odstraszy Cię od nawiązania ze mną rozmowy. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, Twoja wiedza o mnie poszerzy się jeszcze trochę. Powiem Ci więc, że nazywam się Harry Styles. Przedstawisz się, a wtedy ja zapytam, czy czekasz na kogoś tego wieczora. Odpowiesz, że nikogo się nie spodziewasz, a ja z uśmiechem zaproponuję Ci drinka. Zamówię dwie podwójne whisky z colą i dwiema kostkami lodu i usiądziemy w jakimś ustronnym miejscu. Zapytam dlaczego spędzasz sobotni wieczór samotnie, a Ty wymijająco zapytasz mnie o to samo. Oboje zaśmiejemy się gardłowo, trochę niepewnie. Chwilę porozmawiamy o błahostkach, a później, jeżeli uznam Cię za osobę, której mógłbym opowiedzieć moją historię, dowiesz się kilku rzeczy na temat tego, jak moje bladoniebieskie ściany runęły, a na ich miejscu stanęły białe, zwodnicze mury. Białe okiennice. Białe zasłony. Białe łożko wysłane białą pościelą. Biel, wszędzie biel. Dowiesz się, dlaczego jej nienawidzę. Dlaczego nienawidzę zimy. Dlaczego nienawidzę śniegu i mleka. A nawet białego chleba. Dlaczego samo słowo 'biel' napawa mnie obrzydzeniem. Może nawet uda mi się posunąć jeszcze dalej. Być może opowiem Ci Jego historię. Może nawet będziesz w stanie zrozumieć naturę Jego fenomenu. Być może pojmiesz, dlaczego za sprawą Jego osoby popadłem w obłęd. Jak pozornie zwykły człowiek był w stanie z taką łatwością zaciągnąć mnie na sam szczyt tylko po to, by później pozwolić mi spaść. Być może, jeżeli uznasz, że jesteś w stanie unieść na swoich ramionach choć część tej historii, będziesz jedyną osobą, z którą się nią podzielę. Być może pozwolę Ci wejść.