Z dedykacją dla Anii, najwspanialszej osoby, jaką do tej pory poznałam.
Jesteś niesamowita.
Kocham Cię. <3
p.s. wybacz, że rozdział bardzo słaby. : *
1.
Do posłuchania
Każda historia musi mieć swój początek. Moja nabiera rytmu, kiedy pewnego grudniowego poranka, wracając do domu po kolejnym, trwającym trzy doby alkoholowym letargu, zdałem sobie sprawę z tego, że z całego serca nienawidziłem samego siebie. Miałem wtedy siedemnaście lat, więc pewnie pomyślisz sobie, że to typowe dla osoby w takim wieku. Aczkolwiek ja nie nienawidziłem siebie jako siebie, nie chodziło o wygląd zewnętrzny, czy wewnętrzny. Nienawidziłem siebie za to, że byłem słaby. I cenę za tę słabość płaciłem w domu. Dwa lata wcześniej zamieszkał z nami David, nowy, kolejny już facet mojej matki. I wiesz, myślę, że od samego początku, od chwili, w której spojrzał na mnie po raz pierwszy, wiedział już dokładnie, że to na mnie będzie rozładowywał wszelkie flustracje i odgrywał się za niepowodzenia. Nie mylił się. Nie, nie wzdychaj, to nie to, o czym myślisz. Gwałt, prawda? Widzę to po wyrazie Twojej twarzy. Muszę Cię jednak zaskoczyć. David był typowym, łysym mięśniakiem. Nie, nie jestem facetem, który ocenia książkę po okładce, czy wrzuca od razu ludzi do worka z odpowiednią etykietką, ale gdybyś na niego spojrzała, czy choćby rzuciła okiem, wiedziałabyś już, że prócz masywnej budowy ciała, nie posiadał nic więcej. Poza siłą, oczywiście, o której przekonywałem się niemal każdego dnia. Ale wtedy, tego feralnego grudniowego poranka, szalka się przechyliła i przeszedł samego siebie. Zauważył mnie od razu, gdy przekroczyłem próg domu. Chciałem jak najszybciej go wyminąć i schodami udać się na górę, do swojego pokoju. On był jednak cwańszy. Dopadł mnie, z całych sił szarpnął za materiał czarnej, puchowej kurtki, którą miałem wtedy na sobie i przyciągnął na tyle blisko siebie, że czułem jego niespokojny oddech na twarzy. Bałem się, wiesz? Tak cholernie się bałem, że za każdym razem, kiedy otwierał usta, modliłem się, by tylko na tym się skończyło - na repremendzie, podczas której wyzwie mnie od najgorszych. Podczas której będę czuł się niczym robal, którego należy bezzwłocznie zdeptać, zrównać z ziemią. Tak się jednak nie stało. Wymierzył cios prosto w mój zaczerwieniony od zimna policzek. Poczułem tępy ból, świat wydawał się wirować, kręcić, wszystko nagle stało się rozmazane, niczym nieudane ujęcie fotograficzne. Chwyciłem się barierki schodów, oddychałem tak zachłannie, jakby nagle ktoś miał odciąć mi dopływ tlenu. Myślałem .. myślałem, że to już koniec, wiesz? Nagle, ni stąd ni z owąd, Ty dotykasz mojej dłoni, a ja czuję przyjemne mrowienie w żołądku. Dawno nikt .. nie dotykał mnie w taki sposób. Dawno nikt nie patrzył na mnie w taki sposób. Uśmiechasz się, kiedy Ci o tym wspominam, po czym nerwowo skinasz głową na znak, bym kontynuował. Mówię więc, że to, co już wiesz, było dopiero początkiem tego, co wydarzyło się później. Pobił mnie. Pobił mnie na tyle mocno, że kiedy byłem już niemal wycieńczony, ledwo przytomny, chwycił mnie za nadgarstki i sunąc po podłodze, poprzez salon aż do drzwi prowadzących do ogrodu za domem, wyrzucił na śnieg, który tej zimy był wyjątkowo bujny. Nie siłowałem się, by wstać. Wiedziałem, że nie będę w stanie się podnieść. Nie mam pojęcia kiedy usnąłem. Tak, zasnąłem tam, na tym śniegu, choć ciało bolało mnie okrutnie. Obudziłem się dopiero w szpitalu. Pamiętam tylko, że było mi okropnie zimno. I byłem sam. Jak palec. Tej nocy nie zmróżyłem oka. Lekarze kręcili się po sali, na której leżałem i z ich rozmów zdążyłem wyłapać tylko tyle, że prawdopodobnie utkwiłem w kilka dni trwającym, młodzieżowym wypadzie, po którym wróciłem do domu, nie do końca jeszcze trzeźwy i możliwe, że niecałkiem świadomy, przypuszczalnie oczadzony jakimiś dopalaczami i .. miałem napad - pobiłem samego siebie. Uderzałem tak długo, że upadeł i straciłem przytomność. Na szczęście znalazł mnie ojczym, inaczej zapewne zamarzłbym na śmierć. Pobił mnie i się przed tym uchronił, rozumiesz? Skłamał, zrobił ze mnie psychola, który znęca się nad sobą fizycznie. Krew uderzyła mi do głowy, zakryłem dłonią usta, starając się powstrzymać krzyk. Ten skurwysyn skutecznie rujnował mi życie, a moja matka zdawała się tego nie widzieć. Czułem się bezradny, samotny i opuszczony. Na domiar złego bolała mnie każda część ciała. Tamtej nocy marzyłem o śmierci. Chciałem tylko zamknąć oczy, zasnąć i nie obudzić się nigdy więcej. Jednak nic takiego nie nastąpiło - ból zamiast ustępować, zdawał się nasilać z minuty na minutę. Obserwuję Twoją twarz. Widzę, jak maluje się na niej współczucie, czy może ... może na tyle wczułaś się w moją sytuację, że odczuwasz po prostu... ból? Potwierdzająco kiwasz głową, mocniej zaciskając palce na przegubie mojej ręki. Delikatnie odrywam od niej Twoje palce, jeden po drugim, rzucając w Twoją stronę subtelny uśmiech. Później powoli wstaję od stołu, by następnie udać się do baru i zamówić Nam kolejne drinki. Albo nie, może od razu wezmę całą butelkę? Siadam na jednym z wysokich, barowych krzeseł i proszę o siódemkę Jack'a Daniels'a. Czekając aż barman poda mi zamówiony trunek, wspieram się na łokciach i pochyliwszy głowę, przymykam na chwilę oczy. Natychmiast pamięć przenosi mnie w tamto miejsce, do tamtej osoby. Przenosi mnie trzy miesiące wstecz, kiedy jeszcze wszystko miało sens.
Harry otworzył drzwi balkonowe i dosłownie na sekundę udał się na zewnątrz, by zebrać pranie, wcześniej wywieszone przez Rosalie, Jego 'au pair'. Gdy jednak po wykonanej czynności odwrócił się i zobaczył, że szklane drzwi są zamknięte, nie mógł uwierzyć własnym oczom. On znów to zrobił. Przytknął pięść do szyby i zastukał kilkakrotnie. Tak, jak się spodziewał, nagle zza sofy w salonie wyskoczył Lou i pomachał do Niego rozbawiony. ' Otwórz te cholerne drzwi, słyszysz? ' wrzasnął Harry, ale Louis tylko przecząco potrząsnął głową i skierował się w stronę Harrego. Teraz dzieliły ich tylko szklane drzwi. ' Poproś' zarządał Louis, a na jego usta wkradł się złośliwy, odrobinę diaboliczny uśmieszek. 'Nigdy' odparował Harry, całkowicie zaobsorbowany. ' To Ty mnie tutaj zamknąłeś, nie prosiłem się o to'. Lou zaśmiał się gardłowo i usiadł, krzyżując nogi. ' Więc wygląda na to, że będziesz zmuszony spędzić noc na balkonie', po raz kolejny zaśmiał się głośno.' Otwórz te pieprzone drzwi, cholerny zjebie!' Harry czuł, jak ciśnienie powoli w Nim wzrasta, krew buzuje. Kochał Louisa, był przecież jego najlepszym przyjacielem, ale czasami po prostu przechodził samego siebie. Nagle drzwi delikatnie się rozsunęły, na tyle tylko, by zmieściła się tam głowa Lou, którą natychmiast wsadził w wąską szczelinę. ' Poproś' zarządał po raz kolejny. ' Proszę, Złamasie, pozwól mi wejść' - Harry poczuł, że nie ma innego wyjścia, jak tylko wejść w łaskę Lou. Nie mógł jednak powstrzymać się od użycia słowa ' Złomas', Jego duma nigdy by mu na to nie pozwoliła. Louis szerzej otworzył drzwi i chwytając Harrego za rękę, wciągnął Go do środka, by tam powalić Go na kanapę. ' Złamasie? Jesteś pewny, że właśnie tak mnie nazwałeś, Hazz? Jesteś tego całkowicie pewny?' zapytał, cały czas gilgocząc młodszego przyjaciela. Harry tylko przecząco kiwał głową, cały czas donośnie się śmiejąc. Nie pozostawał jednak dłużny, chwycił Louisa w pasie i wyszukując palcami szczeliny pod żebrami, zaczął oddawać gilgotki. Dziki śmiech rozszedł się po całym apartamencie. Trwałoby to pewnie w nieskończoność, gdyby nie fakt, że obu zabrakło powietrza w płucach. Leżeli obok siebie, teraz już na podłodze, stykając się głowami. ' Nie wiem, co bym bez Ciebie zrobił' powiedział Louis, po omacku wyszukując dłoni Harrego i zamykając ją w swojej. ' A ja nie wiem, co zrobiłbym bez Ciebie, Boo Bear, ale chyba zgodzisz się ze mną, że pewnie rzadziej byłbym zamykany na balkonie'. Głośny śmiech ponownie rozniósł się po mieszkaniu, radosnym echem odbijając się od ścian...
Z letargu wybija mnie głos barmana, nerwowo pochylającego się tuż nade mną. Mruczę pod nosem przeprosiny i odbierając zamówienie, rzucam na blat kilka banknotów. Wracam do naszego stolika. Nie siadam jednak. Pytam, czy masz ochotę na 'spacer' i co ważniejsze, czy masz ochotę poznać resztę tej historii. Akceptujesz wszystko bez zastanowienia. Zabieramy Nasze kurtki i udajemy się w stronę wyjścia. Już wiem, w które miejsce zabiorę Cię najpierw.
Śnieg. Biel. Znienawidzona biel.

.jpg)