środa, 27 marca 2013




Epilog.

- Tato... - Nadwyraz urodziwa dziewczynka o burzy kasztanowych loków, zwinnie zakradła się na kolana barczystego mężczyzny i objęła go za szyję, wtulając nosek w zagłębienie Jego szyji. - Jak długo jeszcze musimy czekać? - Harry uśmiechnął się ciepło, obejmując córeczkę. - Już za chwilę tu będą, obiecuję. - Powiedział, kiedy do ich uszu dotarł dźwięk otwieranych drzwi, a w progu pojawił się Louis, trzymając przed sobą granatowe nosidełko. 
- Tatusiu! - Pisnęła Darcy, po czym zeskoczywszy z kolan Harrego, pędęm pobiegła przywitać Bruneta. - Postaw to proszę na podłodze, chcę ją obejrzeć! - Louis ujął nosidełko za rączkę, po czym pochylił się i wziąłszy Darcy na ręce, udał się do salonu, w którym czekał Harry. 
Malutka dziewczynka zauroczyła nie tylko Louisa i Harrego, ale także Darcy, która nie spuszczała oczu z siostrzyczki. - Jest piękna. - Powatarzała jak mantrę, głaskając jej malutki paliczek swoim również malusieńkim kciukiem. Harry powoli pokiwał głową, po czym przysuwając usta do ucha Louisa, szepnął przeciągle. - Równie piękna, co jej tatuś. - Lou uśmiechnął się szeroko i objął męża ramieniem. Czuł się najszczęśliwszym mężczyzną pod słońcem. Kochał i był kochany. Niczego więcej nie potrzebował. Nic innego nie dałoby mu tyle szczęścia, co Harry, Darcy i malutka Lily. Ujął podbródek partnera i musnął Jego usta. - Kocham Cię, Harry. Każdego, pojedynczego dnia dziękuję Bogu, że Was mam. - I ja Cię kocham. - Loczek uśmiechnął się szeroko, po czym pochwycił w silne ramiona kruszynkę, która tak bardzo podobna była do Louisa i delikatnie ucałował jej czółko. Darcy wślizgnęła się w ramiona Louisa, mrucząc cichutko, kiedy zanurzył dłoń w jej gęstych włosach. I w tamtej chwili cały świat przestał istnieć. Zły czas minął, przetrwali wszystko, by znaleźć się w tej właśnie sytuacji, która zapierała dech w piersi. 

Będziemy na zawsze.


poniedziałek, 11 marca 2013

9.





Wypełnij mnie sobą tak, jakby był białym płótnem, a Ty najzdolniejszym z malarzy. Kilkoma pociągnięciami uczyń ze mnie najpiękniejszy obraz świata.*

Narzucił na ramiona materiał fioletowej bluzy i w pośpiechu uchwycił pęk kluczy, po czym wrzucił je do kieszeni granatowych jeansów i wyszedł z domu, głośno trzaskając drzwiami. W powietrzu unosił się zapach deszczu - wielkimi krokami zbliżającej się jesieni. Odgarnął z czoła kilka kosmyków kręconych włosów i mocno zaciągnął się przyjemną wonią - dla odmiany inną, niżeli ta, która codziennie wypełniała Jego zmysły w szpitalu. Skręcił tuż za kamienicą, w której mieszkał i udał się do małego, okolicznego sklepu w celu zakupieniu gazety i kilku smakołyków, którymi zamierzał uraczyć podniebienie Louisa. Kiedy wszystko było gotowe, złapał taksówkę - jak każdego poranka - i udał się prosto do szpitala, w którym od kilku miesięcy przebywał Lou. Pobudki o szóstej rano weszły mu już w nawyk - nie potrafiłby spać dłużej, niżeli tych kilka godzin, z myślą, iż Jego ukochany niebywale łaknie Jego towarzystwa, a co gorsze - zbyt bardzo obawiał się najgorszego. Już pierwszy podniosły alarm przyprawił Go o zawał serca i chociaż był całkowicie świadomy tego, iż Louis może odejść w każdej chwili, nie był w stanie wyobrazić sobie tego momentu. Na samą myśl rozpadał się na miliony drobniutkich cząsteczek - nie do odbudowania. Kiedy znalazł się pod doskonale znanym sobie budynkiem, pozwolił, by na Jego twarz wkradł się uśmiech - chciał, by za wszelką cenę Tommo widział Go tylko i wyłącznie szczęśliwego. Gdyby było inaczej mógłby - co i tak nazbyt często powatarzał - wmówić sobie, że te ciągłe wizyty są Harremu nie na rękę. A było wręcz przeciwnie; był zupełnie pewien, iż nawet jeden dzień bez obecności Lou byłby dla Niego nie lada katorgą. Mechanicznie zapukał w drzwi do sali Tomlinsona i nie czekając na odpowiedź, wszedł do środka. Mimo stanu, w jakim znajdował się brunet, wciąż pozostawał niezwykle czarujący i optymistycznie nastawiony do całego świata. Uśmiechnął się szeroko, kiedy ujrzał Harrego i wyciągnął do Niego obie ręce, by zagarnąć Go w ramiona.

- Jak się spało, Bohaterze? -  Zagadnął Harry przez wzgląd na niebieską koszulkę z logiem Supermana, którą tego dnia Louis miał na sobie. 
- Widzę, że moje poczucie humoru Ci sprzyja - Odparował Brunet. - Co mi przyniosłeś? - Wskazał palcem na obszerną torbę, którą Harry cały czas trzymał w jednej ręce. 
- Skąd pewność, że jest tam coś dla Ciebie? 
- Bo mnie kochasz - Powiedział pewny siebie Louis, ukazując rządek białych, równych zębów. - A więc, co mi przyniosłeś, Hazz?

-

Przemierzali zatłoczone ulice z mocno splątanymi dłońmi, dzięki którym mieli pewność, że podążają jednym szlakiem. Sklep jubilerski, do którego zmierzali, znajdował się na końcu wąskiej uliczki, gdzie Harry niegdyś, w niewielkiej kwiaciarni, co sobota kupował kwiaty dla Libby. Tym razem nie był sam - towarzystwa dotrzymywała mu Gemma, która była nie mniej podekscytowana niż on sam. Loczek pragnął, by pierścionek był równie oryginalny, co sam Louis, dlatego tuż po wejściu do jubilera, razem z siostrą ruszyli na poszukiwanie cudeńka, które spodobałoby się Brunetowi. Po półgodzinnym błądzeniu i przejrzeniu większości błyskotek, kiedy Harry był niemal zrezygnowany, natrafili na coś, co natychmiast przykuło ich uwagę - pierścionek, który był istnym symbolem miłości i esencją ponadczasowego piękna. Oniemieli. Nie zapytawszy o cenę, złożył zamówienie i zapłacił za cenną błyskotkę.

-

Louis.

Ubrał się w odświętną koszulę i jasne jeansy, które zakupił dla Niego Harry i z niecierpliwością czekał na Jego przybycie. Kiedy ukochany pojawił się w drzwiach i oświadczył, iż tego wieczoru nie spędzą w szpitalu, niemal nie pisnął z radości. Gdzie idziemy? - Dopytywał, ale Styles tylko mechanicznie kręcił głową i szatańsko się uśmiechał. A więc to było niespodzianka. Nie wiedział, czego może spodziewać się po młodszym chłopaku, był jednak święcie przekonany, że Harry przygotował coś spektakularnego.

Kiedy znaleźli się pod kamienicą, w której niegdyś spędzali wspólnie mnóstwo czasu, na twarzy Tommo pojawił się szeroki uśmiech. Mimo, iż nie było to nic nadzwyczajnego, wieczór spędzony u boku ukochanej osoby, w miejscu, z którym wiązał wiele cudownych chwil, było jak spełnienie marzeń. Mocniej ścisnął dłoń Loczka i wspólnie przekroczyli drzwi główne, by następnie udać się schodami na górę. Na dach.
Na szczycie zastali pięknie udekorowany stół, a w powietrzu unosił się subtelny zapach świeżo przyrządzonych potraw. Louis wtulił się w muskularne ciało Harrego i musnął ustami Jego policzek. - Dziękuję - Szepnął, nie powstrzymując łez, które ukradkiem toczyły się po Jego rumianych policzkach. 

-

- Nigdy nie pozwól mi odejść w cień, którego się boję, w mrok, w którym ginę, w nicość, której nie rozumiem. Nigdy nie zostawiaj mnie samego, choćby na chwilę, choćby na moment, bo cień, którego się boję, bo mrok, w którym ginę, bo nicość, której nie rozumiem, na zawsze mnie pochłonie. * - Uklęknowszy na kolana, Harry ujął w swoje dłonie, dłonie Louisa i uniosłwszy je obie do ust, ucałował ówcześnie, po czym przemówił spokojnym, łagodnym głosem, patrząc prosto w rozpalone tęczówki Bruneta. - Jesteś moim życiem, Louis. Jesteś wszystkim, czego szukałem, odpowiedzią na każde pytanie, promykiem słońca w pochmurny dzień. Jesteś biciem mego serca, jesteś nadzieją, zbawieniem, jesteś wodą i ogniem... Louis'ie William'ie Tomlinson, czy zechcesz obdarować mnie najpiękniejszym prezentem i zostać moim mężem? - Z kieszeni, znajdującej się na wewnętrznej kapie szarej marynarki, wydobył czerwone pudełeczko. Otworzył i wysunął na otwartej dłoni w stronę Louisa. Kamyk zabłysną w świetle palących się świec. W oczach Tommo roztańczyły się świetliki. - Tak, tak, po stokroć - tak! - Szepnął, wtulając twarz w zagłębienie szyi ukochanego. 

' I ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską, oraz, że Cię nie opuszczę aż do śmierci.'

... .i ślubuję Ci uśmiech przy porannej kawie, parasol w deszczu i stokrotki na wiosnę.




czwartek, 7 marca 2013

8.




8.

Wiesz, nie wierzyłem, że jeszcze kiedyś się zakocham. Straciłem wszelką nadzieję, że kiedykolwiek jeszcze ktoś zdoła unieść na swoich ramionach ciężar mojej dziurawej duszy. Ale wtedy spotkałem Ciebie i Ty za sprawą magii swojej osoby, zdołałeś ją załatać i unieść mnie wysoko ponad Ziemię. Myślałem, że jesteśmy inni niż wszyscy, teraz wiem, że jesteśmy jak każdy. A może nawet gorsi? My upadliśmy jeszcze niżej. Czy w ogóle kiedyś istnieliśmy? Wodziłeś mnie za nos, kłamałeś i oszukiwałeś, przekonałem się o tym na własnej skórze. Zaprzecz wszystkiemu, powiedz, że jestem w błędzie, powiedz, że wszystko będzie dobrze. Uratuj mnie.

Wtapiał wzrok w Jego śpiące oblicze, rozmyślając nad nieprzeciętną urodą ukochanego. Nawet teraz, po czterech miesiącach walki z chorobą, Louis wyglądał nadto dobrze. Mimo urazy, jaką Harry żywił do Tomlinsona, nic nie było w stanie powstrzymać Go przed przybyciem do szpitala, choćby po to, by potrzymać Go za rękę. I mimo nienawiści względem Drew, był gotów jej uwierzyć, kiedy przyszła do Niego, odrobinę zmieszana i opowiedziała mu o chorobie brata. Co prawda, mówiąc to na jej urodziwej twarzy malował się podły, odrobinę ironiczny uśmiech, który prawdopodobnie odzwierciedlał jej radość z upadku Louisa - jednak nie to miało w tamtym momencie znaczenie. Jego Boo Bear Go potrzebował, a on nie zamierzał czekać ani chwili. W granatową torbę podróżną spakował kilka niezbędnych rzeczy i chwyciwszy puchową kurtkę, udał się prosto na peron, skąd złapał najbliższy pociąg do Doncaster. Podróż wzmagała uczucie lęku, które powoli zżerało Go od środka. Bał się, że zastanie Louisa w stanie, w którym nigdy nie chciałby Go ujrzeć. Teraz siedział na niewygodnym krześle tuż obok koi, w której spał Lou i mocno ściskał Jego drobną dłoń. Powstrzymywał łzy, które mimowolnie toczyły się po Jego bladych policzkach. Nie tak miało wyglądać Ich spotkanie. Nie tak miało wyglądać Ich życie. Po kilku godzinach Lou zaczął się przebudzać. Kręcił się niewymownie, jakby coś rozdzierało Go od środka, lecz mimo to, za sprawą jakieś nieokreślonej siły, nie wypuszczał dłoni Harrego z uścisku. Styles pochylił się nad Nim, delikatnie musnął go w czoło i kciukiem pogładził po policzku. 

- Spokojnie, jestem przy Tobie - Szepnął, starając się ując w tych kilku słowach całą swoją miłość. Louis uspokoił się znienacka i odwrócił twarz w stronę Harrego - tak, że ich oczy się spotkały. Słaby, aczkolwiek szczery uśmiech pojawił się na Jego zmęczonej twarzy.
- Tęskniłem za Tobą.
- Ja za Tobą też. 
- Brakowało mi Twojego oddechu.
- Harry?
- Tak?
- Przepraszam.
- Wiem, Lou, nie myśl o tym teraz.

Dla mnie zawsze będziesz święty.

-
Jakiś czas później.

Zachwycony usiadł na drewnianym pomoście i pozbywając się granatowych vansów, które zdobiły Jego stopy, zanurzył je w przyjemnie chłodnej wodzie z wolna płynącego potoku. Odchylił głowę do tyłu i rzucił czarujący uśmiech w stronę Harrego, który rozpływał się szczęściem ukochanego.
- Podoba Ci się? - Zapytał, chociaż doskonale znał odpowiedź. Kąciki ust Lou uniosły się tak wysoko, że chyba niemożliwym byłoby rozciągnięcie ich ani milimetra wyżej. Harry zajął miejsce obok Niego i również pozbył się butów, po czym powtórzył czynność towarzysza. Tomlinson nareszcie wracał do życia, co automatycznie wzniecało radość Loczka*. Tak długo czekał, by Jego stan się polepszył, że teraz, kiedy wreszcie mogli opuścić szpital i udać się na wakacje, nie miał serca rozdrapywać przeszłości, spraw, które kiedyś rozdzieliły Ich na długie miesiące. Wiedział, że kiedyś w końcu będzie musiał poruszyć ten temat, aczkolwiek chęć uszczęśliwienia Louisa przeważała nad wszystkim innym. Bo tak naprawdę liczył się tylko On.
- Dziękuję, że mnie tutaj zabrałeś. Kocham Cię, Harreh - Objął go ramieniem i mocno przyciągnął do siebie, by złożyć na Jego ustach czuły pocałunek.
- Ja Ciebie też, LouLou. Jesteś moim życiem.

Błagam, bądźmy zawsze.
-
 Jego śmiech rozniósł się po pustym mieszkaniu. Wpatrywał się w niego jak w najpiękniejszy obrazek. Po chwili, nie mogąc powstrzymać emocji, które nachalnie wzbierały się w nim całym, podszedł do Niego energicznie i popchnął na kanapę, przyciskając ciężarem swojego ciała. Wpił się w Jego drżące wargi, ssąc i przygryzając. Louis jęknął przeciągle, mocniej zaciskając palce na plecach Styles'a. Harry dostrzegł w oczach Lou iskierki pożądania i zaczął podwijać Jego bluzkę do góry. Po chwili był nagi. Całował każdy skrawek Jego ciała. Pozbawił garderoby i siebie. Drżenie, westchnienia, oni, nie odrywający się od siebie ani na milimetr. Spragnieni, zachłanni, zakochani. Tej nocy ich ciała znów złączyły się w dzikim tańcu dusz.  

Uczę się Ciebie na pamięć,
Niecierpliwymi palcami,
Rozpaczliwie na pamięć,
Czytam zachłannie od nowa,
Całego zdanie po zdaniu. *

-
Przeciągnął palcami pomiędzy kręconymi kosmykami swoich włosów. Gdzieś w oddali słyszał kroki pielęgniarki, szybko poruszającej się po obłędnie białym korytarzu szpitala. Krew uderzała mu do głowy. Zacisnął palce na cienkim materiale kremowej koszulki polo tak mocno, że posiniały mu knykcie.

- Panie Styles? - Podniósł głowę, obrzucając kobietę spojrzeniem pełnym dziecięcej ufności. Gdzieś głęboko w nim tkwiła nadzieja, która utrzymywała Go przy życiu. Uchroń mnie od złego.
- Niestety, Jego stan uległ znacznemu pogorszeniu. Nie mogę... - Ale On już jej nie słyszał. Zerwał się na równe nogi i nie zważając na lekarza, próbującego ustabilizować stan Louisa, odtrącił Go i szlochając głośno, podbiegł do łóżka i mocno objął nieprzytomnego chłopaka.
- Błagam Cię, Boo, nie poddawaj się. Nie zostawiaj mnie.

Głośny, równomierny dźwięk szpitalnej aparatury przerwał Jego zawodzenie. 

Nie rób mi tego.

Jak zawsze - nie jestem zadowolona. Gorzej. Jest za słodko, zbyt lakonicznie i chaotycznie. Wyszło masło maślane, wybaczcie. Dla A, która z dniem dzisiejszym powróciła do mojego pisania. Ściskam i całuję. xoxo


środa, 6 marca 2013

7.


Z dedykacją dla Anii, za Twoją wytrwałość.
Kocham Cię do szaleństwa, ot. <3




Nobody compares to you.
-
Harry.

Powoli otworzył paczkę czerwonych Marlboro. Zdarł folię i rzucił obok siebie, wzdychając przeciągle. Uchwycił w długie palce jedną z białych rurek, ulokował ją między malinowymi wargami i podpaliwszy, głęboko zaciagnął się szarym dymem. Blade światło księżyca wkradło się przez okno, oświetlając Jego skuloną sylwetkę. Przez chwilę delektował się spustoszeniem, jakie nikotyna siała w Jego wnętrzu. Niedbale zgasił niedopałek i niepewnie stawiając gołe stopy na drewnianej podłodze, zsunął się z parapetu. W pokoju panował półmrok, wzniecany niemrawym światłem nocnej lampki. Łóżko typu 'king size' było zdecydowanie zbyt duże dla jednej osoby, tak więc oszołomiony nagłą utratą Louisa, popadł w beztroski błogostan, któremu taktu dodawała Drew. Bezszelestnie wsunął się pod satynową kołdrę i mruknął znacząco, kiedy poczuł obok siebie ciepło jej szczupłego ciała. Ułożywszy się tuż nad nią, pochylił się i delikatnie musnął jej usta, wciąż jeszcze nabrzmiałe od pocałunków. Niezłomnie rozchyliła wargi, pozwalając, by ich języki złączyły się w namiętnym tańcu.
Tej nocy kochał się z nią bez końca. Jednak w głębi duszy wiedział, że żadna przyjemność nie zastąpi bliskości i wsparcia osoby, która przenika do jego wnętrza, nie pod ubranie.

Kiedy przyszła do Niego tej nocy, czuł, że powinien wykorzystać jej obecność, by dać upust swoim emocjom. Oblała go fala pożądania, kiedy czerwona sukienka opadła na podłogę w sypialni. Wydawało mu się, że kiedy posiądzie jej ciało, ustami i dłońmi nakreśli na nim ślad swej obecności, przestaną one należeć tylko do Niego. Staną się niczyje. I będzie jak dawniej. Ale w tym momencie, siedząc na zapadniętym fotelu, towarzyszyła mu tylko tęsknota. Za lazurowymi tęczówkami, gromkim śmiechem, zbyt długą grzywką opadającą na czoło...
-
Kocham Cię miłością szaleńca.
-
Louis.

- Diagnoza jest jasna, jak słońce - Zaczęła ciemnowłosa kobieta, ubrana w długi, biały fartuch. Rzuciła pełne współczucia spojrzenie w stronę Louisa, siedzącego w jej gabinecie. Jego twarz natychmiast pobladła, wargi zszarzały, a zawsze błyszczące oczy zaszły mgłą. Oniemiał. - Cierpi Pan na chorobę nowotworową. Przykro mi.
- To...pewne? - Rozbrzmiało niepewne pytanie.
- Całkowicie.

Wstał i wyszedł na korytarz. Drżącymi rękami dotknął barierki. Zacisnął na niej rękę. Pod stopami czuł zimno płytek, jednakowe, jakie zaczęło rzucać jego wątłym ciałem. Jego wzrok zatopił się w ciemnym otoczeniu. Upadł.

Po przebudzeniu słyszał tylko szum szpitalnej aparatury i tykanie zegara, który beznamiętnie odmierzał czas. Błądził wzrokiem po pomieszczeniu o chłodnej, wręcz lodowatej aurze, która natychmiast przyprawiła go o zawroty głowy. Głośno przełknął ślinę, nagle zdając sobie sprawę ze swojej beznadziejnej sytuacji; nie tylko był ciężko chory - był także śmiertelnie samotny. W tamtym momencie pragnął tylko uścisku Jego dłoni. Świadomości, że jest blisko. Zadrżał z przerażenia. Ciężko opadł na poduszkę, zaciskając powieki.
-
Błagam, byśmy spotkali się w snach.

-
Harry.

Paranoja, pomieszanie zmysłów.
Nie potrafił się opanować. Bez wahania wbiegł do kilniki, w której wszystko się rozpoczęło. Następnie udał się schodami na trzecie piętro. Skręcił korytarzem, mijając małą, oszkloną salę, w której całkiem niedawno spędzał popołudnia, po czym szarpnął za klamkę drzwi, znajdujących się na samym końcu. Zamknięte.  Naparł na nie z całych sił. Nic. Wziął głęboki oddech i rozbiegając się lekko, z impetem uderzył całym ciężarem swojego ciała. Udało się. Drzwi wkońcu odpuściły i rozwarły się z głośnym trzaskiem. Wślizgnął się do środka, oddychając ciężko. Tak, jak się spodziewał - w pomieszczeniu, jak na Louisa przystało, panował idealny porządek. Na dębowym biurku znajdowały się dokumenty, poukładane w równe stosiki. Pojemnik na przybory stał w prawym rogu, a ekran monitora błyszczał czystością - tak samo, jak wszystkie rzeczy, znajdujące się w promieniu kilku metrów. Czarne, obite skórą krzesło, zielone zasłony i takiej samej barwy gruby, turecki dywan. Książki na zawieszonych asymetrycznie szalkach poukładane były alfabetycznie, a dyplomy wiszące na ścianach po obu stronach gabinetu, idealnie oprawione. Wszystko było nieskazitelne - tak, jak sam właściciel. Harry uśmiechnął się na tę myśl, jednak natychmiast wezbrało się w nim zamierzenie, z jakim tutaj przyszedł. Zamierzał znaleźć Lou i zmusić Go do wyjaśnień - nieważne, co miałby dla tego celu poświęcić. Kiedy przeszukiwał szuflady, czuł się zepsuty do szpiku kości. Dłonie mu drżały, kiedy przerzucał kolejne papiery, zdjęcia, karteluszki zapisane ukośnym pismem Tomlinsona. I nagle zadrżał. Na dnie szuflady dostrzegł fotografię. Rodzinną. Dwoje ludzi w średnim wieku i troje dzieci : dwie, niemal identyczne dziewczyny i chłopak. Libby, Drew i... Louis. Obrócił zdjęcie i dostrzegł napis : Zjazd rodzinny, rok 2004. Osunął się na podłogę. Łzy beznamiętnie spłynęły po policzkach, zakreślając szlaczkami swoją obecność. Chciał krzyczeć, ale z Jego ust nie wydobywały się żadne dźwięki.  Zamarł, oszołomiony niespodziewanym odkryciem.

-
Weszła do Jego mieszkania zupełnie nieświadoma tego, co miało nastąpić. Zastała go siedzącego przy kuchennym stole. Kiedy przekroczyła próg, spojrzał na nią oczami przepełnionymi pustką. Uśmiechnęła się, chcąc rozładować napiętą atmosferę, która wydawała się uderzać z każdej strony. Pochyliła się i położyła dłonie na Jego ramionach. Natychmiast je strząsnął i wstając energicznie, chwycił ją za nadgarstki i przygwoździł do ściany swoimi rękoma. Jęknęła, czując dyskomfort.

- Nie tak brutalnie, Styles - Szepnęła, sądząc, że to tylko kolejna już, seksualna gierka ze strony Harrego. Odrobinę się wystraszyła, kiedy na Jego twarzy dostrzegła prawdziwą wściekłość.
- Spierdalaj - Jad sączył się z każdego słowa, które wypowiedział.
- Przecież...
- Wypierdalaj, bo Cię zasztyletuję.