3.
Często nie wiemy co zrobić, gdy śmierć przechodzi tak blisko...
W grudniu następnego roku poznałem Jego. Pewnie był to przypadek, ja jednak lubię nazywać to przeznaczeniem. Louis Tomlinson zjawił się tak nagle, jak grom z jasnego nieba. Nasza znajomość zaczęła się dość burzliwie. Przychodziłem na spotkania, na których różni ludzie, z różnych środowisk uczyli się jak radzić sobie ze śmiercią najbliższych. Byłem dość osobliwym przypadkiem, ponieważ w tak młodym wieku straciłem nie tylko żonę, ale i dziecko. To dość spory ciężar, jak na dziewiętnastoletniego chłopaka. Moim osobistym terapeutą był Michael Bolton. Nie był jednak w stanie ugasić mojego bólu. Jego terapia wydawała się zbędnym balastem - nie znosiłem jej zbyt dobrze. Drażniły mnie Jego banalne sposoby na walkę z tęsknotą, wydawał się zupełnie nie rozumieć przez co przechodziłem.
- Straciłem żonę i dziecko.
- Musisz zapomnieć o tych wydarzeniach, Harry.
Ale jak, cholera, jak miałem zapomnieć o czymś, co było całym moim światem? On nawet nie próbował mi pomóc. Byłem tylko kolejnym pacjentem, któremu po kilku miesiącach beznadziejnego rozprawiania o Jego bólu, rozpaczy i tęsknocie za najbliższymi, wmówi, że wszystko jest okay. Wmówi, że jest już zdrowy, a teraz nadszedł czas na kolejny etap. Radzenie sobie z życiem takim, jakie jest. Już po kilku sesjach wiedziałem, że potrzebuję innego terapeuty. Kogoś, kto nie jest sześćdziesięcioletnim dziadkiem i nie ma zielonego pojęcia, co czuje osoba w moim wieku. Potrzebowałem...kogoś młodszego. I wtedy przydzielili mi Louisa. Myślisz, że się ucieszyłem? Byłem wściekły, gdy tylko przekroczył drzwi pokoju, w którym miała odbyć się nasza pierwsza, wspólna sesja.
- Ty będziesz moim terapeutą?
- Ja.
Często widywałem go na korytarzu, jak rozmawiał z pacjentami, albo podczas terapii grupowych, kiedy stawał w progu i wszystkiemu się przysłuchiwał. Drażnił mnie Jego sposób bycia. Uśmieszek, który nigdy nie schodził Mu z ust. Prawdę mówiąc przez większość czasu miałem ochotę Mu przywalić. Wydawał się takim lekkoduchem. Jak gdyby nigdy w życiu nie spotkało go nic złego. Nie, On nie mógł być osobą, której miałem zwierzyć się ze swoich uczuć.
- Nie chcę Cię, jasne?
- Przykro mi, Harry, nie chciałeś również Michaela. Powiedz, w czym tak naprawdę tkwi problem?
W czym tkwił problem? Otóż w tym, że chciałem kogoś młodszego od Boltona, nie kogoś, kto nie mógł być starszy ode mnie więcej niż dwa lata. Co On do cholery mógł wiedzieć? Może nie byłoby problemu, gdyby nie ta Jego wiecznie zadowolona gęba. Ale problem był i wtedy byłem przekonany, że nie zniknie.
- Nie lubię Cię.
- Nie znasz mnie, Harry. Chcę Ci pomóc..
- Nie chcę Twojej pieprzonej pomocy.
I wyszedłem, trzaskając drzwiami. Nie pojawiłem się w ośrodku przez następne trzy tygodnie. Prawdę mówiąc włóczyłem się po pubach i upijałem do nieprzytomności. Właściciel mieszkania, które wynająłem z Libby i dalej zamieszkiwałem, po kilkunastu nieudanych próbach skonsultowania się ze mną, ostatecznie użył swojego własnego klucza i wszedł do środka, zastając mnie w fazie nieważkości. Leżałem na podłodze - brudny i śmierdzący. Obudziłem się w szpitalu. Kolejny raz przechodziłem traumę związaną z tym miejscem. Tym jednak razem sam byłem sobie winien. Albo, jak zwykłem sobie wtedy wmawiać, śmierć była prowodyrem wszystkich tych zdarzeń. Jedynym plusem był fakt, że nie było tam ani mojej matki, ani ojczyma. Była za to Gemma i moja babcia, Cindy.
- Jak wiesz, klinika do której uczęszczasz, A RACZEJ UCZĘSZCZAŁEŚ, ma oddział zamknięty. To już nie tylko sesje dwa razy w tygodniu, ale stały pobyt. Chcemy, żebyś poddał się takiej terapii, Harry. Jeśli dobrze pójdzie potrwa to tylko kilka miesięcy. - Powiedziała Gemma, a mnie zastygła krew w żyłach.
Tylko kilka miesięcy? Tylko?!
- Nie dam się zamknąć w jakimś pieprzonym wariatkowie.
- Wybieraj Harry. Albo to, albo nie zobaczysz mnie nigdy więcej.
Po czym obie opuściły salę, zostawiając mnie samemu sobie. Spędziłem na oddziale 72 godziny, podczas który lekarze mieli odżywić i uzdrowić mój struty alkoholem i wygłodzony organizm. Wydawało mi się, że trwało to całą wieczność. Wciąż rozmyślałem nad pobytem w klinice i ostatecznie zdecydowałem się poddać leczeniu. I tak nie miałem innego wyjścia. Nie mogłem przecież stracić jeszcze Gemmy.
- I babci - Mówisz, a ja delikatnie unoszę kąciki ust w niepewnym uśmiechu.
- I babci - Przytakuję.
Wstaję i sięgam do barku, w którym powinienem mieć jeszcze jedną butelkę whisky. Stawiam ją na stoliku przed nami i udaję się do kuchni po dwie szklanki, butelkę coca-coli i kostki lodu. Kiedy wracam zastaję Cię przeglądającą moje płyty CD. Zanim wdajemy się w dyskusje na temat muzyki, siadam na sofie i zdaję sobie sprawę, że po raz pierwszy od trzech miesięcy nie wysłałem do Niego sms-a. Więc robię to teraz.
Tęsknię.
Minuta. Dwie. Trzy... Pięć. Nic.
Gdzie jesteś?
- Co Ty na to, żebyśmy zrobili sobie małą przerwę w Twojej opowieści i posłuchali jakieś muzyki? Nie miałbyś nic przeciwko, Harry? - Potakująco kiwam głową, po czym stwierdzam, że lubię sposób, w jaki wypowiadasz moje imię.
- Może ColdPlay? - Tak, uwielbiam ColdPlay.
- Jasne. Zacznijmy może od 'Fix You', to moja ulubiona.
Za sprawą tego utworu oboje odlatujemy. Zamknięte oczy, lekko rozchylone usta. Magia. Jest w nim coś... niesamowitego. Coś fenomenalnego. Nie wiem, kiedy z moich ust wydobywa się cichy pomruk, który z czasem przeradza się w czysty, intensywny śpiew. Wraz z ostatnimi nutami otwieram oczy i widzę zdumienie, wymalowane na Twojej twarzy. Czy to ja jestem tego powodem? Uśmiechasz się i wpadasz w moje ramiona. Tak po prostu, jakby właśnie taka reakcja była najoczywistszą reakcją na świecie.
- Nie wiedziałam, że potrafisz tak pięknie śpiewać, Harry - Harry, Harry, Harry, mów do mnie jeszcze.
- Nie śpiewałem odkąd Go straciłem. Aż do dziś.
- Chciałabym Go zobaczyć. Mógłbyś to dla mnie zrobić?
Sam chciałbym Go teraz zobaczyć, chciałbym, żeby stanął przede mną, z tym swoim drażniącym uśmiechem i powiedział tak, jak często, kiedy byliśmy jeszcze...blisko.
- W co się tym razem wpakowałeś, Hazz?
- Tak, Ciebie także dobrze widzieć, Lou.
Jednak nie wszystkie spełnienia naszych pragnień są osiągalne, wyciągam więc zielony album z wygrawerowanym na okładce podpisem 'Larry Stylinson' i siadam obok Ciebie. Kładę album na kolanach i otwieram, ukazując pierwsze zdjęcie. Louis stojący na korytarzu kliniki. Ma na sobie biały t-T-shirt w czarne poziome paski i czerwone spodnie, sięgające kostki. Na czubku jego nosa widnieją okulary w czarnych, prostokątnych oprawkach, a niesforna grzywka ukradkiem zakrada się na czoło. Uśmiecha się. Tak, jak zawsze. Ma piękny uśmiech. Ale tamtego dnia, w którym zrobiłem to zdjęcie, tak nie uważałem. Był tylko niecną kreaturą, która z całą pewnością chciała zrobić ze mnie wariata.
- Jest bardzo przystojny - Mówisz, a ja potwierdzająco kiwam głową, delikatnie się uśmiechając. Rzeczywiście, Lou jest naprawdę piękny.
Pamiętam mój pierwszy dzień w klinice. Szedłem tam jak na skazanie - do walki z własną furią i tętniącą tęsknotą, która odgradzała mi dopływ tlenu. Była środa, a recepcja ośrodka była zatłoczona. Naprawdę zgłaszało się tam tak wielu ludzi? Byłem tym całkowicie zaskoczony. Czy Oni, podobnie do mnie, zostali po prostu postawieni pod ścianą i zwyczajnie zmuszeni do leczenia? Nie miałem bladego pojęcia, ale kto, do cholery jasnej, sam siebie prowadziłby na stracenie?
- Będzie miał Pan prywatnego terapeutę, Panie Styles. Będzie bezustannie przy Panu czuwał, na wypadek, gdyby gorzej się Pan poczuł i chciał z kimś porozmawiać - Usłyszałem nieprzyjemny, piskliwy głos recepcjonistki, znajdującej się po drugiej stronie okienka. Dostałem dreszczy.
- Proszę dać mi te pieprzone papiery i nie traktować mnie, jakbym był obłąkany - Nie odpowiedziała. Podstęplowała tylko kilka dokumentów i podała mi zwój jasnobeżowego papieru. - Pokój numer 203, Panie Styles. Miłego pobytu!
- Nie sądzę, by był miły - Odburknąłem i odwróciwszy się na pięcie, udałem się w stronę szklanych drzwi, gdzie już czekał na mnie ochroniarz, który miał odprowadzić mnie do pokoju. Pieprzona paranoja, wiesz? Nawet nie wiesz, jaki byłem szczęśliwy, że będę mógł wreszcie zamknąć się w swoim pokoju i odciąć od tego zgiełku. Moja wściekłość osiągnęła apogeum, kiedy otworzyłem drewniane drzwi, a w pomieszczeniu zastałem nikogo innego, jak samego Louisa.
- Co Ty tutaj robisz? Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że .. Cholera, to nie może być prawda!
- Przykro mi, Harry, ale niezależnie od tego, czy Ci się to podoba, czy nie, od tej chwili będziemy NIEROZŁĄCZNI. Za tymi drzwiami - wskazał palcem białe wrota, dzielące mój pokój od jakiegoś innego pomieszczenia - znajduje się MÓJ POKÓJ. Dzieli nas zaledwie ta ścianka.
Byłem tak zły, że miałem ochotę walić głową w mur. Kiedy tylko zniknął w tym drugim pomieszczeniu, chwyciłem w dłoń budzik, stojący na małej szafeczce tuż obok łóżka i cisnąłem nim o ścianę. Damn it!
- Słyszałem! - Odkrzyknął mi głos zza ściany i już wiedziałem, że to będą najgorsze miesiące mojego życia.
Odkładam album na stolik i podnoszę szklaneczki po brzegi wypełnione bursztynowym płynem. Otaczasz jedną z nich długimi palcami, a ja zauważam, że masz piękne dłonie. Och, a więc została jeszcze krzta dawnego mnie. Zawsze zwracałem szczególną uwagę na dłonie.
- Za miłość - Mówisz. - Wznieśmy toast za miłość.
Uśmiechamy się szeroko i unosimy szkła.
- Za miłość, jaka by nie była!
~~*~~
Przepraszam, przepraszam, przepraszam, kochane, że słabiutko. Po raz kolejny zawodzę. I Was i samą siebie...

uwielbiam ten blog! kolejna świetna część :D I już pojawia się Larry <3
OdpowiedzUsuńpo prostu wspaniale! już czekam na dalszą część :d
Kocham Cię Els <33